wtorek, 18 września 2018

Rozdział 14



Conn rozbudza się powoli, a dookoła niego panuje ciemność. Jego wzrok przyzwyczaja się do otoczenia i za chwilę orientuje się, że z tyłu ma związane dłonie, nogi także są skrępowane. Odwraca głowę i widzi, że o jego plecy oparta jest Kath. Jej również uniemożliwili wszelkie ruchy.
— Psst... Kath? — próbuje się z nią porozumieć. Niestety dziewczyna wciąż jest nieprzytomna. Conn rozgląda się po pomieszczeniu, które wyglądem przypomina starą szopę. Wszystko wygląda na brudne, a podłoga wyściełana jest słomą. Jedyna rzecz, odstająca wyglądem, to potężne metalowe drzwi, wyglądające jakby ważyły tonę. Mężczyzna stara się wyswobodzić z więzów, twarz wykrzywia mu się przy tym z wysiłku. To wszystko na nic.
— Słyszysz mnie? — Nagle Conn orientuje się, że w pomieszczeniu jest ktoś jeszcze. Odwraca się gwałtownie i widzi, że w przeciwległym kącie siedzi związana kobieta. — Skąd się tu wzięliście? — w jej głowie słychać przerażenie. Conn przygląda jej się niepewnie, z obawy, czy to nie kolejna pułapka. Kobieta jest ledwo widoczna w otaczającym mroku, ale można dostrzec kawałek jej brudnej sukienki.
— Uwięziono nas — przyznaje Conn ostrożnie. W odpowiedzi słyszy tylko ciche przytaknięcie. — Co z nami zrobią?
— Nic dobrego — odpowiada kobieta smutno.
— Od jak dawna tu jesteś? — Conn kontynuuje maraton pytań.
— Przestałam już liczyć. Im dłużej tu jestem, tym bardziej zatracam siebie — przyznaje.
— Co takiego? — Conn marszczy czoło i stara się ponownie poluzować więzy. W tej chwili Kath otwiera oczy i niepewnie lustruje okolicę. Jej wzrok pada od razu na kobietę w koncie. Dziewczyna jak oparzona próbuje odskoczyć, przesunąć się jak najdalej kobiety. Uniemożliwia jej to Conn, z którym dzielą ją więzy na nadgarstkach. Przez gwałtowne ruchy Kath, oboje przewracają się na bok i lądują twarzami w brudnej słomie.
— Kath, spokojnie! Jestem tutaj — mówi uspokajająco Conn. Włosy brunetki lądują na twarzy i teraz dziewczyna nic nie widzi. — Spróbuj usiąść, na trzy — instruuje. — Raz... Dwa... Trzy... — Oboje dość niezgrabnie wracają do pozycji siedzącej. Kath ruchami głowy stara się odgarnąć włosy z oczu.
— Kim ona jest? — szepcze dziewczyna w stronę ucha Conna.
— Właśnie. Nie powiedziałaś, kim jesteś — mówi Conn, choć robi to tylko, by odwrócić uwagę nieznajomej. Przez to, że oboje z Kath się przewrócili, odrobinę poluzowały się więzy na ich nadgarstkach. Mężczyzna zaczyna szybko poruszać dłońmi. Kath orientuje się, że jest szansa na oswobodzenie i również zaczyna ruszać rękoma.
— Nazywam się Lumina Castroy. Chociaż nikt już tak do mnie nie mówi.
— Też cię porwali? — dopytuje Kath, jedną dłoń już wyciągnęła z lin.
— Zostałam złapana w mieście. Złamałam regulamin komanda, należałam do pewnej grupy i schwytali mnie za tą działalność.
— Byłaś w ruchu oporu?! — Kath otwiera szerzej oczy ze zdumienia. — W Czerwonym Ogrodzie?
— Zgadza się — dziwi się Lumina. — Skąd o nim wiesz?
Kath milczy przez chwilę i odwraca wzrok.
— Mój przyjaciel, a jego brat też jest w to zamieszany.
— Ale nie ma go tutaj z wami, prawda? — pyta pełnym nadziei głosem. Kath kręci głową. — Ja zostałam złapana i przewieziona tutaj. Nie wiedziałam, że takie miejsca w ogóle istnieją i nikomu nie życzę, by tu trafił. Teraz już wiem, gdzie znikali ludzie, których złapano.
Kath potrząsa głową w geście niezrozumienia.
— Co to znaczy? To jakieś więzienie?
— Znacznie gorzej...
W tej chwili z trzaskiem otwierają się metalowe drzwi, a do środka wlewa się słup jaskrawego światła. Kath odwraca głowę, zaś Conn, mrużąc oczy, stara się dostrzec, z kim będzie miał do czynienia. Oboje starają się zachować pozory, że dalej są skrępowani. Gdy postać omija światło, w końcu nabiera kształtów. To dobrze im znany kapitan Layson, z którym zadarli nie tak dawno temu.
— Witajcie, karaluchy, bo chyba teraz już powinienem was także tak nazywać — rechocze.
Conn wybałusza oczy ze zdumieniem.
— Ale... Zabiłem go. Byłeś martwy! — odkrzykuje Conn, nie kryjąc szoku. Kath także jest zdezorientowana. Dziewczyna zachowuje się, jakby nagle oszalała. Panicznie kryje się za plecami przyjaciela, jakby sam wzrok kapitana przynosił jej ból. Wspomnienia z tortur wracają, co po części odbiera dziewczynie zmysły.
— I tutaj mnie masz — śmieje się kapitan. — Widzisz, każdy ma jakieś tajemnice. Ja również.
W progu pojawia się inna postać. Do środka wchodzi facet w średnim wieku, ubrany w brudną odzież.
— Dobrze, że jesteś, Arminie. W samą porę.
Layson wyciąga do niego dłoń, a tamten przekazuje mu podłużny kształt, wykonany z mosiądzu. Następnie Armin wprowadza coś, co wygląda, jak piec na kółkach, w środku bucha ogień.
— Nie sądziłem, że spotkamy się w takich okolicznościach, ale wielce mnie to cieszy. Każdy powinien dostać taką nauczkę, na jaką zasługuje — uśmiecha się szyderczo i wkłada pręt do ognia.
Conn i Kath poruszają się niespokojnie. Armin w tym czasie znika, pozostawiając wciąż otwarte drzwi. Wood wpatruje się w snop światła, oceniając szanse na ucieczkę. Layson w tym czasie wyciąga pręt z ognia i z rozżarzonym do czerwoności przedmiotem poczyna iść w kierunku uwięzionych. Conn spostrzega, że na czubku niego jest jakiś owalny kształt.
— Myślę, że już czas zapłacić złociutka — uśmiecha się obrzydliwie. Nim Conn ma szansę zareagować, Lyeson gwałtownie przystawia końcówkę do skóry na obojczyku Kath. Brunetka wrzeszczy z bólu, oczy nachodzą jej łzami i odskakuje od razu, przez co zdradza, iż zdołała wyswobodzić się z lin. Lyeson zaskoczony tym faktem, zaczyna rozglądać się za Arminem. Jego jednak nie ma. W tej chwili na plecy kapitana rzuca się Lumina i wrzeszcząc wściekle, stara się wydłubać mu oczy paznokciami. Conn patrzy oszołomiony na miotających się ludzi, ale nie zamierza tracić czasu. Szybko rozwiązuje linę na stopach i chwyta Kath na ręce. Następnie wybiega z pomieszczenia i natrafia na korytarz prowadzący w obie strony. Rozgląda się szybko, oceniając szanse.
— Conn?! — Słyszy nagle głos, który najprawdopodobniej należy do Cleytona. Kontem okaz spogląda na dziewczynę, która od bólu straciła przytomność. Przeklina pod nosem i biegnie w stronę nawoływania ojca, mając nadzieję, że nie jest to kolejna pułapka.
— Conn, jak dobrze, że jesteś, synu... — jęczy ojciec i wyciąga dłonie przez kraty. Jego cela jest zupełnie inna. Wygląda jak zwykłe pomieszczenie więzienne. Wood rozgląda się, jak oparzony, ale nie pozostaje mu nic innego, jak na moment położyć Kath na ziemi. Następnie próbuje wyważyć kratę kopniakami. To jednak na nic.
— Natychmiast za nim! — Słychać nawoływania Laysona, który najprawdopodobniej zdążył poradzić już sobie z Luminą. Conn raz jeszcze próbuje wyważyć drzwi barkiem, widzi, że framugi zaczynają się lekko kruszyć.
— Szybko, pomóż mi. Pchaj od tamtej strony, tato! — nakazuje Wood. Wtedy za pleców ojca wy6łąniają się inni ludzi, którzy do tej pory skrywali się w cieniu. Kilka kobiet i mężczyzn zaczyna napierać na kraty, następnie Conm także uderza od swojej strony. Tak udaje im się wykruszyć betonowe framugi i krata sama opada na ziemię.
— Zwijajmy się stąd! — krzyczy Conn, chwytając Kath na ramiona. Kontem oka widzi już pędzących w ich stronę komendariuszy. — Szybko!
Wszyscy uwolnieni zaczynają biec przed siebie za Connem, który nie ma pojęcia, gdzie prowadzi korytarz. Jest ciemno i tylko bladoniebieskie lampy oświetlają korytarze. Wrzaski komendariuszy i Laysona niosą się echem dookoła.
Uciekająca grypa natrafia na schody. Conn zatrzymuje się gwałtownie, ale zaraz potem zaczyna wbiegać po nich na górę, co czyni też reszta. Po kilku zakrętach widza klapę w suficie.
— Tato! — nawołuje Conn, podtrzymując Kath w ramionach. Cleyton, jak na zawołanie przeciska się przez tłum i razem z kilkoma innymi mężczyznami pchają metal do góry. Ludzie wychodzą do salonu, który wydaje się najzwyczajniejszym pomieszczeniem, jakie widzieli. Światło dzienne na chwilę ich oślepia. Dostrzegają, że nikogo tutaj nie ma, gdyż pewnie wszyscy są na dole. Conn szybko odnajduje drzwi wejściowe, a inny facet sprzedaje im solidnego kopniaka.
— Nie tak prędko! — woła Layson, który właśnie wyłania się z klapy w podłodze. Ludzie patrzą na kapitana przez ułamek sekundy, po czym puszczają się biegiem do lasu. Conn wraz z Kath na rękach oraz Cleyton także uciekają.
— Tato, nie w tę stronę! — krzyczy Conn, widząc, że ojciec biegnie w kierunku pozostałych więźniów. Dostrzega wrogów, którzy już gonią uciekających, więc najrozsądniej byłoby się rozdzielić. Conn skrywa się w zaroślach. — Cleyton! — wrzeszczy Wood, ale ojciec nie słyszy. Komendariusze są o wiele szybsi od wycieńczonych ludzi. Szybko dopadają pierwszych więźniów i powalają ich na ziemię. Niektórym jednak udaje się uciec.
— Cleyton, uciekaj! — wrzeszczy Conn, ale zaraz widzi, jak komendariusz dopada ojca i on także zostaje uziemiony. Wood, wciąż trzymając brunetkę w ramionach, chowa się w zaroślach i obserwuje, jak komendariusze Laysona zaciągają ludzi ponownie do budynku. Widzi też zbolałą twarz ojca, w którego oczach niknie nadzieja.
— Tato... — szepcze mężczyzna. Wygląda, jakby miał zaraz się rozkleić, ale z jego oczu nie spływa nawet jedna łza. Gdy komendariusze znikają z horyzontu, a Layson zamyka za sobą drzwi wejściowe z niemą satysfakcją. Conn wstaje i przygarnia przyjaciółkę do swojej piersi. Wie, że musi oddalić się jak najbardziej od tego miejsca, by pomyśleć, co należy począć następnie.
Zmierzch nadchodzi niespodziewanie szybko. Conn zdążył już chwilę odpocząć i przemyć świeżą ranę Kath. Dziewczyna ocknęła się jakiś czas temu i teraz oboje zagubieni i głodni przemierzali ciemny las, nie mając pojęcia, co dalej. W pewnej chwili na ich horyzoncie pojawiło się słabe światło.
— Chyba mam deja vu — odzywa się Kath i chwyta przedramię Conna, który robi krok do przodu. — Nie pakujmy się w kolejną pułapkę.
Conn spogląda na nią uważnie.
— Spokojnie. Przejdziemy bokiem.
Robią dokładnie to, co mówi Wood. Jednak gdy są na tyle blisko, by dostrzec lepiej to, co widzieli z oddali, przekonują się, że to grupa więźniów, którym udało się uciec z tuneli. Siedzą przy ognisku i niewątpliwie jedzą upolowaną zdobycz.
— Może warto do nich dołączyć? — szepcze Conn.
— Zwariowałeś, co to za ludzie?! Nie można im ufać — protestuje dziewczyna.
— To więźniowie z tuneli. Uciekaliśmy razem z nimi. Byłaś wtedy nie przytomna, ale gdyby nie oni, mogłoby nam się nie udać.
Kath nie jest przekonana.
— Jeśli znów się skończy nieszczęściem, to będzie wyłącznie twoja wina — warczy dziewczyna. Conn uśmiecha się rozbawiony jej miną. Rozpoznaje w zaroślach ludzi, z którymi współpracował i jest w stanie dać im dozę zaufania.
— Możemy dołączyć? — odzywa się Wood, podchodząc powoli do zgromadzenia. Ludzie poruszają się niespokojnie. Kilku mężczyzn wstaje, są gotowi do ataku. — Uciekaliśmy razem z podziemi tego domu — wyjaśnia z podniesionymi rękoma. Kath także unosi dłonie i wolno podchodzi za Connem.
— Tak, rozpoznaję cię — odzywa się kobieta w średnim wieku z poplątanymi blond włosami. — Jestem Sarah. Cieszę się, że wam się udało. O! I twoja towarzyszka też czuje się już lepiej — zauważa. Conn widzi, że reszta się uspokaja i także go kojarzy z tuneli.
— Siadajcie — proponuje jakiś mężczyzna z gęstą brodą i pokazuje miejsca na pniu. — Głodni?
— I to jak — uśmiecha się Kath, siadając.
Posiłek i odrobina ciepła przy ognisku jest potrzebnym ogniwem, by odzyskać siły. Kath obserwuje ludzi wokół siebie już nie z napiętą czujnością, a z sympatią i ciekawością. Trójka mężczyzn i dwie kobiety opowiadają o sobie, o tym, skąd pochodzą i dokąd mają nadzieję dotrzeć. Są przyjaźnie nastawieni. Nie wiadomo jednak czy tylko dlatego, że łączy ich przeżyta niedawno niewola, czy po prostu są miłymi ludźmi. Kto wie, jak zachowywaliby się, gdyby Kath i Conn byli dla nich zupełnie obcy. Czy zaatakowaliby ich wtedy?
— Co tam się właściwie działo? W tunelach? — zagaduje Conn. Zapada cisza, a ludzie dookoła wymieniają napięte spojrzenia. — Kobieta, która była z nami w celi powiedziała, że to coś gorszego od więzienia...
Znów następuje krępująca cisza, przerywana strzelaniem wypalanego drewna.
W końcu Sarah zabiera głos.
— Jak zauważyliście rządzi tam kapitan Layson. To miejsce jest jego konikiem. Od dawna w mieście krążyły plotki o ludziach, którzy za złamanie regulaminu znikali na dobre.
Niektórzy byli faktycznie przetrzymywani w więzieniach. Inni trafiali do piwnic... Nikt nie wiedział, czego się tutaj spodziewać...
— Sarah, przejdź do rzeczy — niecierpliwi się brodaty mężczyzna o imieniu Dave. — Nazwijmy rzeczy po imieniu. Tutaj Layson koordynował pralnię mózgów.
Conn otwiera szerzej oczy.
— Jak to? — pyta Kath. Jej usta w niedowierzaniu pozostają uchylone.
— Ludzie, którzy tu trafiali, złamali regulamin na tle posłuszeństwa władzy. Każdy, kto był podejrzany, działał wbrew komodowori trafiał właśnie tutaj — dodaje Sarah.
— I właśnie tutaj, prali im mózgi — dokańcza Dave. Widząc zdezorientowanie na twarzach Conna i Kath, Dave kontynuował. — Nie zdarzyło wam się widzieć komendariuszy, którzy działają, jakby byli robotami? Nie mają żadnej mimiki, nie wykazują emocji?
Kath zamyśliła się i po chwili już pamiętała.
— Tak, widziałam takie zachowania u nich — odpowiada, mając w pamięci moment swojego aresztowania.
— Właśnie. Layson w piwnicach pierze ludziom mózgi, a potem wciela ich do komanda. Przecież nikt dobrowolnie by tam nie pracował. Pomyślcie, komendariusze to chłopcy na posyłki, ludzie od brudnej roboty, a dostają mniej, jak ludzie pracujący w banku, czy na uniwerku. — Conn skrzywił się na wspomnienie swojego zawodu. — Nie twierdzę, że nie ma tam dupków z zamiłowania, ale większość komendariuszy to ludzie, którym wyprano mózg wbrew ich woli.
Kath zamyśla się i momentalnie jej twarz wyraża smutek.
— Jak chore jest społeczeństwo, które odbiera człowiekowi wolność na tak elementarnym poziomie? — komentuje brunetka.
— Nie społeczeństwo, a władza, moja droga — odpowiada Sarah z pokrzepiającym uśmiechem. — Niestety będzie tylko gorzej...
— Wy nic nie wiecie? — dziwi się Wood, a ludzie mają pytające miny. — Komodor już nie rządzi. Przynajmniej na razie. Do stolicy wkroczyli Zjednoczeni, mają w garści już cały dystrykt.
Po okolicy rozchodzą się odgłosy zdziwienia.
— To się porobiło... — komentuje Dave.
— Czyli Layson może zwijać manatki — dopowiada Charlie, chuderlawy gość z rudymi włosami.
— Widząc po tym, co dalej wyprawia, zdaje się, że biedak nic nie wie — snuje dalej Dave. — Czyżby nie miał żadnego kontaktu ze swoimi?
— Myślę, że żadnych jego ludzi już w komandzie nie ma. Na pewno nie są w pozycji, żeby się z nim jakkolwiek porozumiewać — sądzi Wood. — Jak właściwie Layson kontroluje tych wszystkich ludzi?
Dave odsłania lewe przedramię i oczom wszystkich ukazuje się jeszcze niezagojona rana po wypalonym znaku.
— Najpierw oznacza tych, którzy mają przejść eksperymenty.
Kath dotyka delikatnie swojego przedramienia i syczy cicho, czując stały ból od rany. Conn spogląda na nią opiekuńczo.
— Następnie przeprowadzają badania, które wykazują na ile masz siły, by wykonywać konkretne zadania. W zależności od wyników wszczepiają chipy o różnych kolorach i potem te kolory są poddane odpowiadającym jednostkom.
— Skąd tyle wiesz? — dziwi się Conn.
Dave podnosi ubranie do góry i na jego lewym boku widać sporą rozszarpaną ranę.
— Sam sobie wyciąłem to gówno i już nie mają nade mną kontroli — śmieje się triumfalnie. — Kawałek szkła wystarczył, żeby to wyciągnąć — chwali się.
— Nieźle... — szepcze Kath ze zdumieniem, a Conn ma napiętą twarz, jakby właśnie uświadamiał sobie, że na dłuższą metę lepiej nie zadzierać z brodatym Dave’em.
— Ale nadal nie odpowiedziałeś, jak Layson ich kontroluje. Co z tymi chipami? — dopytuje Conn, mając już pewną teorię w głowie.
— Tak, jak mówiłem, są te kolory. Czerwony, zielony, niebieski i czarny. W czarnym oddziale są najbardziej niebezpieczni, praktycznie mordercy na zlecenie. Czarnymi dowodzi sam generał, powiem więcej, w grupie czarnej jest sam Layson.
— Kapitan też jest robotem? — Kath wydaje się zszokowana.
— Kath. Raz zabiłem już Laysona. On przyznał dziś, że ma swoje tajemnice. To najwidoczniej jedna z nich — komentuje Conn.
— Tak... Ludzie po pralni mózgu nie są tak łatwi do zabicia. To wiem, ale niestety nie jest mi wiadomy sposób, by ich zabić... — przyznaje Dave. — Zaś jeśli chodzi o kontrolę, ktoś kiedyś podsłuchał, że w głównym komandzie w mieście jest maszyna, do której jeśli włoży się specjalny klucz o odpowiednim kolorze, można wydawać polecenia konkretnej grupie komendariuszy.
— Taki klucz? — Conn bezmyślnie wyciąga z ukrycia czarną, połyskującą kartę. Dave otwiera szerzej oczy, a pozostali otwierają usta w zdumieniu.
— Skąd to masz? — pyta Sarah.
— Pewien komendariusz w agonii nam to dał. Myślał, że jesteśmy jego ludźmi. Mówił coś o Sali Zaprzysiężonych i podał szereg cyfr.
Kath w tym czasie ściska mocno bok Conna, jednak nikt tego nie dostrzega. Są zbyt zaaferowani czarnym obiektem. Brunetka zerka znacząco na Wooda, który uspokaja ją spojrzeniem.
— Nie pamiętam tych cyfr, ale wydaje mi się, że to hasło.
— W rzeczy samej... — komentuje Dave, wyciągając dłoń do przedmiotu, jednak Conn szybko cofa rękę i chowa obiekt z powrotem. — Tak, Sala Zaprzysiężonych to miejsce, gdzie stoją te maszyny. To zapewne klucz do czarnej grupy. Jeśli mielibyście hasło, mogłoby to znaczyć, że jesteście w stanie kontrolować najgroźniejszą grupę w komandzie i samego Laysona.
— Szkoda, że nie mamy hasła... — odpiera Kath zawiedzionym głosem.
— Myślisz, że Layson to tak naprawdę zwykły facet, któremu wbrew woli wyprano mózg? — Conn zwraca się do Dave'a. Mężczyzna kiwa głową. — To by znaczyło, że jeśli ich odłączymy, kapitan znów będzie normalnym sobą. Nie będzie stanowił już zagrożenia — myśli głośno Conn.
— Na to wygląda — odpowiada Sarah.
— Coś kombinujesz? — interesuje się Dave.
— Co, jeśli jest sposób, by znaleźć hasło w komandzie i uwolnić wszystkich? Więźniów, komendariuszy... Wszystkich.
Kath spogląda uważnie na Conna, który snuje odważne plany. Na jej twarzy widać jednocześnie strach, jak i podziw.
— Mógłbym uwolnić moją żonę, Luminę — mówi cicho zamyślony Dave.
— Nasza córka jest w laboratoriach — dopowiada Charlie i wymienia porozumiewawcze spojrzenie z Sarahą.
— Mojego ojca też złapali — dodaje porozumiewawczo Conn, czując, że Kath pulsacyjnie ściska jego przedramię.
— Zostaliśmy w tych lasach, by obmyślać plan ratowania bliskich. Spadłeś nam jak manna z nieba. Posłuchaj, Conn. To może się udać — mówi zdeterminowany Dave.
— Conn, możemy na chwilę na słówko — mówi dobitnie brunetka i wstaje z miejsca, ciągnąc Wooda za sobą w zarośla. Gdy upewnia się, że reszta nie słyszy, zaczyna mówić.
— Co ty wyprawiasz? — syczy.
— Próbuję ratować ojca i pozostałych, a na co ci to wygląda? — odpowiada równie ostro. Kath krzywi się na ton jego głosu.
— Nie masz pewności, czy to, co ten człowiek mówi, jest prawdą. Co, jeśli wepchniemy się w jeszcze większe kłopoty?
— Jestem w stanie podjąć ryzyko, by uratować ojca — odpowiada pewnie mężczyzna, mierząc ją z góry spojrzeniem. — On jest dla mnie najważniejszy.
— Szkoda, że ty nie byłeś najważniejszy dla niego, gdy wuj zostawiał prezent na twoich plecach — warknęła pod nosem.
— Coś ty powiedziała?! — oburzył się Conn i złapał ją mocno za nadgarstek.
— Puść mnie, to boli! — pisnęła Kath, próbując się wyrwać.
— Posłuchaj uważnie. Nigdy nie komentuj rzeczy, o których nie masz zielonego pojęcia, jasne? — Puścił ją gwałtownie, aż odskoczyła do tyłu.
— Jeśli ryzyko równa się z ocaleniem moich bliskich, to nie zawaham się go podjąć — mówi dobitnie, wciąż patrząc na nią groźnie. Odwraca się i już chce odejść, gdy ona mu odpowiada.
— Ja nie wiem, czy chcę podejmować już jakiekolwiek ryzyko! Nawet nie masz pojęcia, w jakim strachu przez was wszystkich żyję! Co musiałam znosić wtedy i dzisiaj! — dziewczyna niemalże płacze. Conn odwraca się gwałtownie i wraca do brunetki.
— Właśnie. W tym jest problem, Kath. Cały czas jest tylko ja, ja i ja. Myślisz tylko o sobie. Tylko twój stan się liczy, tylko to, co ty przeżywasz. Wyobraź sobie, że całe moje życie wygląda, jak twój najgorszy koszmar i muszę z tym żyć. Nie użalam się na każdym kroku, bo dawno bym już zwariował, rozumiesz? Rozejrzyj się... Wszyscy jesteśmy w dupie! I ty i ja i cała reszta ludzi, którzy nas otaczają, każdy musi teraz walczyć o przeżycie.
Kath stoi i z niemym przerażeniem wpatruje się w Wooda, który jeszcze nigdy nie był tak wściekły i dobitny zarazem. Jest to pierwsza chwila, w której tak naprawę mówi, co myśli o otaczającego go rzeczywistości.
— W przeciwieństwie do twojego myślenia, ja jestem ostatnią osobą na mojej liście trosk. Wyobraź sobie, że ty jesteś prawie na samym jej szczycie — przyznaje już spokojniej. Dziewczyna patrzy na niego ze zdziwieniem. — Są dwa wyjścia. Pierwsze. Stchórzysz i dalej będziesz stawiać siebie na pierwszym miejscu. Wtedy nasze drogi się rozejdą, bo będziemy mieli inne priorytety. Zaszyjesz się gdzieś i będziesz zdana tylko na siebie, zaś ja pewnie nie wybaczę sobie tego, że dałem ci odejść. Drugie wyjście. Zaufasz mi, pokonasz swój lęk i razem uratujemy tych ludzi, a ja zapewnię ci bezpieczeństwo, tak, jak obiecałem to bratu.
Kath przez chwilę nie może powiedzieć ani słowa. Ze zdumieniem patrzy na Wooda. Dłonie zaczynają jej drżeć, a na czole widać pojawiające się krople zimnego potu. Waha się.
— Skoro udało nam się dojść aż tutaj, a nie jedno było na naszej drodze... Trzymajmy się razem — odpowiada powoli, a na koniec na jej twarzy pojawia się nieśmiały uśmiech.
— Dobra decyzja — mówi Conn i także się uśmiecha nieznacznie.
Oboje wychodzą z zarośli do pozostałych, a Conn od razu zabiera głos.
— To omówmy jeszcze raz, Dave, jak dokładnie widzisz naszą operację?


...................................................................................

Witajcie po dłuuuuuugiej przerwie. Gdy publikowałam 11. rozdział nie sądziłam, że na kolejny będziecie musieli czekać ponad półtora roku! Z góry za to przepraszam, nie mam nic na swoją obronę, ale najważniejsze jest, że macie za sobą kolejny rozdział i mam nadzieję, że na kolejny nie będzie trzeba czekać aż tyle!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz