środa, 21 września 2016

Rozdział 11

Dla zainteresowanych —  Liebster Blog Award.


Powietrze nocą nabiera kleistego wyrazu, a wilgoć sprawia, że rosa skrapla się na ubraniach czwórki ludzi, przemierzających pola. Ich włosy są mokre, mimo że deszcz nie pada. W milczeniu przemierzają zarośla. W oddali non stop słychać wybuchy, a horyzont raz na jakiś czas jaśnieje, gdy wybuchają kolejne wrony. Ziemia dudni wtedy pod ich stopami, sprawiając, że na skórze pojawia się gęsia skórka. Kath nerwowym wzrokiem lustruje okolicę. Mimo że jest środek nocy i panuje ciemność, ona wytęża wzrok na las, który ciągnie się po ich prawej stronie. Cleyton, który idzie leniwym krokiem przed nią, mruczy coś pod nosem, jakby rozmawiał sam ze sobą. Conn wybierając odpowiednie ścieżki, prowadzi całą ekipę, a jego młodszy brat zamyka cały pochód. Joys, co jakiś czas zagaduje Kath, by marsz nie był zbyt monotonny, jednak ona najwyraźniej nie jest w nastroju do rozmów. Dziewczyna wpatruje się w leniwy krok Cleytona i sama również zaczyna zwalniać, jej oczy przymykają się coraz częściej. Za każdym razem, gdy się na tym przyłapuje, potrząsa głową.
Wychodzą zza większego pasma zarośli i stają obok siebie w rzędzie. W oddali widać dolinę pokrytą łąkami. Jest oddalona, a oni stoją na wzniesieniu, jednak mają dobry widok. Przed wzniesieniem poruszają się maszyny armii komodora Castela. Słychać strzały. Żołnierze biegają i krzyczą do siebie nawzajem. Kath z oddali przygląda się pojazdom opancerzonym i w zaciekawieniu przekręca głowę. Conn marszczy czoło w charakterystycznym dla siebie geście, a jego krzaczaste brwi zachodzą wtedy na oczy. Każdy zdaje się być pochłonięty widokiem oraz swoimi myślami. Joys stawia krok naprzód, jednak Conn zatrzymuje go ręką. Młodszy Wood posyła mu krzywy uśmieszek.
— Zostajemy. — Conn nie odrywa wzroku od widoku przed sobą. Na wzgórzu jest głośno, ciągle słychać przekrzykujących się żołnierzy i świst pocisków. Widać błyski światła, które mają swoje źródło za wzgórzem. — Tam już toczy się walka. — Zauważa Conn, podnosząc wzrok w kierunku skąd widać błysk. Kath również kieruje w tamtą stronę zmęczone spojrzenie. Cleyton wcale nie jest zaciekawiony tym widokiem, więc siada na trawie, wzdychając ciężko i wyciąga przed siebie obolałe kończyny.
— Powinniśmy się ukryć. — Stwierdza Kath i robi krok do tyłu.
— Wręcz przeciwnie. — Conn odwraca w jej stronę brązowe oczy. — Nie zobaczą nas tutaj, pociski nas nie dosięgną. Zbyt ryzykowne byłoby teraz przemieszczanie się. — Conn napotyka zdziwione spojrzenie dziewczyny. Otwiera usta, by coś dodać, gdy Joys wchodzi mu w słowo.
— Chodzi o to, Kathy, że w okolicy mogą być ukryci zwiadowcy. Armie często wysyłają tajniaków, by zbadali pozycje wroga. Nie wykluczone, że w tych zaroślach — pokazuje dłonią okolicę — kryją się teraz jacyś żołnierze. — Mówi to tonem, jakby tłumaczył coś dwulatce. Kath obdarza go przelotnym spojrzeniem, jednak nie komentuje jego specyficznego tonu.
— Nie mniej ryzykowne jest siedzenie w jednym miejscu i czekanie aż ktoś nas znajdzie. — Dziewczyna kontratakuje i krzyżuje ręce na piersi. Nie słysząc żadnego odzewu ze strony towarzyszów, siada zrezygnowana na trawę.
Słychać potężny huk, a zaraz potem ogłuszający ryk silników. Zza wzgórza wytacza się ogromny pojazd Zjednoczonych. Wyglądem przypomina czołg, jednak jest wyższy, ma kilka pięter i wiele więcej luf miotających pociskami. Głowice naprowadzane są w różnych kierunkach i zaraz potem są wypuszczane w kierunku armii Castela. Ludzie zgromadzeni w zaroślach przypatrują się ze strachem. Pociski trafiają w umundurowanych na czarno żołnierzy dystryktu oraz ich pojazdy.
Grzmot.
Wybuch.
Słupy ognia zagarniają wszystko na swojej drodze. Zawód żołnierzy trafionych pociskiem miesza się z kakofonią spadających wciąż wron. Mniejsze pociski świszczą, przedzierając się przez powietrze wypełnione dymem. Noc rozświetla się przez ogień rozprzestrzeniający się w mgnieniu oka. Kath nie mogąc dłużej siedzieć na trawie, wstaje i przystawia dłoń do ust. W jej oczach odbijają się płomienie z pola walki. Brunetka odwraca głowę i spogląda na swoich towarzyszów. Joys leży na trawie z oczami wpatrzonymi w pochmurne, nocne niebo, zaś Conn nie zwraca na nią swoich oczu. Podobnie jak ona, wpatruje się w Armagedon, który rozgrywa się na ich oczach. Kath ponownie spogląda na wzgórze i odchodzi kilka kroków na bok. Oddala się od grupy i idąc wciąż śledzi wzrokiem przebieg bitwy. Już dawno straciła orientację, w którym miejscu są Zjednoczeni, a gdzie stacjonują żołnierze komodora. Teraz wszyscy mieszają się ze sobą, by toczyć walkę na śmierć i życie.

Kath zatrzymuje się na początku pasma kolejnych zarośli, przymyka na moment oczy, a poświata bijąca oddalonych płomieni, szaleńczo tańczy na jej powiekach. Nagle czuje uścisk na ramieniu. Wzdryga się i odwraca. Z tyłu stoi Conn, jednak nie patrzy na nią, a gdzieś w dal, obserwuje dolinę powoli zjadaną przez pożogę.
— Nie mogę słuchać już tych wrzasków. — Skarży się brunetka i przyciska dłonie do uszu, nieznacznie kręci przy tym głową. Conn milczy przez dłuższą chwilę. Kath spogląda na niego kilkakrotnie, ale nawet wtedy mężczyzna nie odwraca na nią wzroku. W jego brązowych oczach jest ten sam wyraz, który uwydatnił się kilkanaście godzin wcześniej. Dokładnie tak  przyglądał się horrorowi w spalonym osiedlu robotniczym.
Wtedy znienacka rozlega się potężny grzmot. Światło jest niemalże białe i wszyscy zamykają mimowolnie oczy. Nastaje kilka sekund względnej ciszy. Jak gdyby na ogół wypukły dźwięk żyjącego świata przerodził się we wklęsłą ciszę. Stopniowo zbliża się dudnienie, jakby stado wściekłych zwierząt sunęło przez wzgórze prosto w kierunku Kath. Trwa to tylko kilka sekund. Potem Kath traci grunt pod nogami, zostaje poderwana od ziemi. Siła porównywana do największego tornada zagarnia wszystko na swojej drodze, wyrywa drzewa z korzeniami, podnosi płaty ziemi. Wszystko zostaje uniesione i odrzucone w dal z ogromną siłą. Czyżby to Bóg swoją wszechmocną dłonią poderwał świat i postanowił umieścić go na niebie?
Brunetka uderza z mocą o podłoże. Unosząc się na dłoniach, krztusi się, nie mogąc zaczerpnąć powietrza. Nic nie widzi, bo biel światła ją oślepiła. Sapiąc coś, Kath siada i ręką niepewnie dotyka twarzy, która pokryta jest kilkoma otwartymi ranami. Otwiera i zamyka oczy na przemian, kręci głową zdezorientowana. Trze brudnymi dłońmi twarz, przez co zaraz potem po jej policzkach spływają łzy bólu. Po omacku próbuje wstać, jednak nie jest w stanie utrzymać równowagi i upada na ziemię, uderzając głową o jakiś ostry kant. Nie podnosi się przez moment. Czyżby się poddała?
Dookoła panuje cisza. Wszystko wskazuje na to, że dźwięki ‘wygięły się’. Są wklęsłe w stosunku do teraźniejszej rzeczywistości. Cisza, jaka panuje dookoła, przyprawia o ból głowy. Człowiek aż chce zacząć krzyczeć tylko po to, by przerwać tę sterylną linię melodyczną, niemającą żadnej muzycznej wartości.
Jej brunetki staje się wyraźniejszy, obraz powoli się klaruje. Dziewczyna spogląda na swoje dłonie, które są czarne od ziemi. Dłoń unosi w kierunku głowy, przysuwa palce po skroni i widzi czerwone ślady krwi. Syczy. Wstaje i z trudem utrzymuje się na nogach. Dookoła nic nie jest takie jak jeszcze kilkanaście minut temu. Drzewa leżą korzeniami do góry, a w ziemi, w kilku miejscach powstały głębokie dziury. Kath kręci się dookoła i rozbieganymi oczami lustruje okolicę. Jej źrenice są czujne, rozszerzone do granic możliwości. Dłonie jej się trzęsą. Jednak mimo całej otoczki strachu, przypomina w swojej postaci drapieżnika, który stojąc na polu walki, obserwuje okolicę w celu znalezienia przeciwnika. Kim jest jednak owy przeciwnik? Czy jest nim natura władająca widzialną przestrzenią? Czy może to jednak dzieło Boże? Kara zesłana na ludzi, którzy trwają w bratobójczej walce?
Na horyzoncie nie widać nikogo z jej towarzyszów. Mogli zostać odrzuceni znacznie dalej i może są ranni. Dziewczyna idzie naprzód. Snuje się niczym pół żywe postacie z osiedla robotniczego. Otwiera usta, by coś powiedzieć, zacząć nawoływanie, jednak w ostatniej chwili rezygnuje. Ma konsternację w oczach. O czym myśli? Co powoduje jej nagłe zmieszanie? Stoi i obserwuje kształt leżący nieopodal. Jakiś człowiek leży twarzą do ziemi, nie rusza się. Zaraz obok niego pali się ogień, jednak nawet ta poświata nie ułatwia identyfikacji. Kath wpatruje się w sylwetkę mężczyzny. Przełyka gulę w gardle i najszybciej jak może, sunie w kierunku ciała. Pada na kolana i odwraca postać do siebie. Wypuszcza nerwowo powietrze z płuc, gdy nie rozpoznaje w nim nikogo znajomego. Odsuwa się szybko od ciała i z szaleństwem w oczach rozgląda się po okolicy. Na jej drodze kształtują się teraz nieznajome elementy. Jak gdyby zapamiętana układanka nagle zmieniła całą swoją zawartość.
Dziewczyna podejmuje kolejną próbę. Lustruje ciało spojrzeniem. Człowiek ma na sobie czarny mundur. Nagle mężczyzna łapie jej nadgarstek i łapczywie próbuje ją przyciągnąć do siebie. Dziewczyna broni się, szarpie i zaczyna jęczeć.
— Kod czerwony. — Charczy żołnierz armii Castela przez zaciśnięte zęby. Brunetka obezwładniona uściskiem niewiarygodnie silnej dłoni przestaje się szarpać. Człowiek kilka razy powtarza te słowa, jednak Kath dopiero za kolejnym razem je słyszy wyraźnie. Żołnierz ma oczy zwrócone przed siebie, jakby wcale nie dostrzegał klęczącej dziewczyny. Mężczyzna zwraca się do brunetki w sposób niezrozumiały. Mimo iż nie patrzy na jej oblicze, to w agonalnym amoku widzi w niej swojego dowódcę. Dziewczyna z tysiącem pytań wymalowanym na brudnej twarzy stara się zapamiętać poszarpane słowa żołnierza.
— Kath! — Słyszy nawoływanie za sobą. Odwraca głowę na tyle, na ile pozwala jej niewygodna pozycja. Próbuje się uśmiechnąć, jednak na jej twarzy widnieje tylko grymas. Podbiega do niej właśnie Conn, a w jego oczach płoną iskry, gdy kuca obok dziewczyny. Spojrzawszy na żołnierza, który boleśnie ją ściska, wyciąga pięść w jego kierunku. Kath jednak w porę hamuje Wooda przed zadaniem ciosu mężczyźnie.
— 495804. — Powtarza bezmyślnie konający. Człowiek stęka i porusza się niespokojnie. Dopiero wtedy oboje dostrzegają, że brzuch umierającego jest rozpruty, a wnętrzności powoli wypływają z wnętrza. Zawartość jego żołądka właśnie zsuwa się na podłoże, a Kath na ten widok krzywi się odwracając wzrok. Dziewczyna odsuwa się, gdy czuje, że uścisk mężczyzny zelżał.
— Zrównają miasto z ziemią… Generale…
— Majaczy. — Wyjaśnia Conn, gdy spotyka zdumione spojrzenie brunetki. – To agonia… — Dodaje ze smutkiem w głosie i odwraca spojrzenie od twarzy Kath, kierując je gdzieś przed siebie. Dziewczyna patrzy w oblicze Conna jeszcze przez moment, po czym spogląda pustym wzrokiem na umierającego. Ten ciągle obserwuje niebo, a z jego oczu stopniowo uchodzi iskra życia. Kath zmienia pozycję i teraz siedzi na kolanach, trzymając głowę żołnierza na swoich nogach. Conn znajduje się tuż obok.
— 495804, pamiętaj! — Wrzeszczy nagle i zaczyna znów mruczeć coś półszeptem. Są to ostatnie podrygi siły, jaka w nim drzemie. Piach w klepsydrze jego życia zwalnia i ostatnie ziarenka spadają przez wąski otwór. Po chwili znów mówi z mocą. — To była zasadzka, generale. Wczytaj kod czerwony. Na wschodzie zaatakowały główne odziały! Zrównają miasto z ziemią…
Brunetka marszczy brwi, przysłuchując się bardziej paplaninie żołnierza.
— Ojciec miał rację… — Szepcze dziewczyna pod nosem.
— Ten numer. — Zauważył Conn wsłuchując się w słowa nieświadomego już człowieka. — Co oznacza?
— Nie wiem, powtarza go już któryś raz. — Wzrusza ramionami Kath.
— To może być coś ważnego. — Mruczy pod nosem Wood i szaleńczo przeszukuje swoje kieszenie. Wydobywa z nich kawałek papieru i ołówek. — 495804?
— Tak, dokładnie w takiej kolejności. — Jej głos miesza się z kolejnym jękiem umierającego.
Nagle oboje słyszą szelest. Odwracają gwałtownie głowy. Dźwięk dochodzi z zarośli. W oczach dziewczyny kolejny raz pojawiają się błyski. Mimo pozycji, w jakiej się znajduje, unosi czujnie głowę, jakby miało jej to pomóc w obronie. Conn odrzuca swoje próby spisania sekwencji cyfr i staje na nogi. Robi krok w kierunku buszu. Jego sylwetka pręży się jakby do skoku. Po chwili niepewności, z zarośli wyłaniają się sylwetki Joysa i Cleytona. Syn prowadzi pod ramię rannego ojca. Na twarzy młodszego Wooda widać ulgę, z lekkim uśmiechem zbliża się do Kath i brata. Conn wydycha powietrze z płuc i ponownie kuca na ziemi, by dokończyć poprzednią czynność.
— Jesteście cali? — Pyta Joys, sadzając ojca na ziemi.
— W porządku. — Odpowiada Kath. Jednak czy pozostali wiedzą, jakie jest prawdziwe znaczenie tego wyrażenia? Joys podchodzi do reszty i kuca obok.
— Co z nim? — Lustruje żołnierza wzrokiem i mimowolnie krzywi się widząc, w jakim jest stanie.
— To, co widać. — Rzuca Conn kąśliwie.
Mundurowy stale majaczy pod nosem, jednak teraz jego szepty słabną z każda chwilą.
— Sala Zaprzysiężonych… 495804. — Jęczy ponownie. Conn skrzętnie dopisuje nowe zwroty do notatek na papierze. Joys zwraca na niego zdumione spojrzenie.
— Sądzimy, że to może być coś ważnego. — Tłumaczy starszy Wood, nie podnosząc wzroku znad kartki. Umierający nagle łapie rękę Joysa i gwałtownie próbuje zaczerpnąć powietrza, krztusi się, biorąc tlen wielkimi haustami.
— Steven, zanieś to natychmiast! — Charchocze, dławiąc się ciągle. Patrzy z całą mocą w szare oczy Wooda.
— Ale ja nie… — Joys się jąka, ma rozbiegane spojrzenie i zdumiony wyraz twarzy. Conn zaczyna machać do niego dłońmi, by nic nie mówił.
— Pamiętaj! Sala zaprzysiężonych. 495804! — Ponownie wykrzykuje cyfry. Drugą, wolną ręką wyciąga przedmiot z kombinezonu wojskowego. Nikt nie domyśliłby się, że człowiek ma w swoim ubraniu jakąkolwiek kieszeń. Cały mundur jest tak zniszczony, wypalone dziury wszędzie nachodzą na siebie. Człowiek bez słowa wręcza klęczącemu obok Joysowi obiekt. Jest to cienka, czarna blaszka, połyskująca lekko. Nie ma w niej żadnych przycisków ani otworów. Wood odwraca wzrok od twarzy umierającego, wyswobadza się z jego uścisku. Potem wstaje, przyglądając się, obraca rzecz w palcach. Marszczy przy tym czoło. Żołnierz sapie coś niezrozumiałego i zaraz jego dłoń opada z głuchym plaśnięciem na ziemię. Z jego oczu uchodzi życie, gaśnie niczym zdmuchnięta przez wiatr wątła świeczka.
Kath patrzy w szoku na ciało mężczyzny, który umilkł. Brunetka zaczyna lekko trząść za jego ramiona. Widzi, że te oczy już nie mają wyrazu, jednak wciąż trzyma głowę na swoich kolanach. Joys chowa do kieszeni kurtki tajemniczą dyskietkę i zwraca wzrok w kierunku pola bitwy. Tam, mimo zrzuconej potężnej bomby, wciąż widać walczące jednostki.
Conn ze spokojem podnosi dłoń i czubkami palców zamyka oczy umarłemu. Kath się nie rusza. Otępiałym wzrokiem patrzy na zwłoki. Jej oczy są matowe, prawie tak samo bezduszne, jak oczy człowieka przed nią. Jednak ona z całą pewnością nadal żyje. Dziewczyna nie porusza się. Conn przenosi na nią spojrzenie, w którym widać współczucie. Na jego ustach pojawia się lekki, pokrzepiający uśmiech. Jednak brunetka nie patrzy na Conna. Wzrok ma wciąż utkwiony w żołnierzu. W jej oczach uwydatnia się mieszanka melancholii i niezrozumiałego zdumienia. Dziwi ją fakt istnienia śmierci? Czy może odwrotnie, swoje myśli roztacza w dziedzinie kruchości życia?
Następuje kolejny wybuch.
Teraz świat nie owija się w kilkusekundowy świetlisty płaszcz. Ziemia jednak drży niespokojnie. Z nieba zaczyna padać. Deszcz każdemu przyniósłby teraz w jakimś stopniu ulgę. Przyniósłby oczyszczenie. Nie tylko Kath mogłaby zmyć ze swoich barków ciężar, jaki nałożyła na nie śmierć. Z góry nie przychodzi jednak ukojenie.
Niebo płacze krwawymi łzami ofiar rozerwanych przed chwilą na strzępy.

~*~

Marsz trwa od kilku godzin. Idą wolno. Są osłabieni przez rany, ale najbardziej przez te psychiczne zadrapania jakie, dzisiejszej nocy zgotował im los. Pochmurna noc nie ułatwia zadania. Nie ma szans dojrzeć poświaty księżyca, która wskazałaby im drogę. Nie tą, którą mają iść, a bardziej kierunek, w jakim potrzebują udać się teraz ich potargane umysły.
Kath Lewis stawia jedną nogę za drugą. Czy myśli o tym ile kilometrów wczytał już wyimaginowany licznik w jej stopach? Dziewczyna nie podnosi wzroku, który utkwiony ma w podłożu, ale jej myśli z pewnością nie dotyczą przebytej odległości. Dłonie ma wetknięte głęboko do kieszeni. Koncentruje na tym swoją siłę, wciska je jeszcze bardziej, jakby chciała przebić pięściami materiał bluzy. Nie miała okazji widzieć swojego oblicza. Jej twarz pokryta jest potem i krwią. Nie jest to tylko jej krew, ale także ta, która spadła z nieba. Jest brudna i spocona. Usta ma wykrzywione, jakby robiła to specjalnie. W jej oczach za to maluje się niezwykła mieszanka dezorientacji, strachu, rozpaczy i jakiejś beznadziejnej żałości. Po jej ruchach można stwierdzić, że tylko czeka na możliwość odpoczynku. Gdy położy się na wilgotnej od rosy trawie, na pewno nie zdoła się podnieść i iść dalej. Podobny wniosek musi wysuwać Conn, który nieugięcie prze do przodu, przedzierając się nie tylko przez gęste zarośla, ale także przez wszechobecny mrok nocy. Na jego twarzy jest wymalowane skupienie. Ma napiętą skórę, brwi zmarszczone, brązowe oczy wciąż czujne. Nie stoi przed nim proste zadnie. Jest teraz odpowiedzialny za cztery osoby. Mimo że nikt tego nie oczekuje, to jego gotowość do obrony swojego ‘stada’ mówi sama za siebie.
Las zaczyna się przerzedzać. Widoczność poprawia się nieco, a leśne runo powoli przekształca się w bardziej zbitą ziemię. Nagle Conn spostrzega, że weszli na typową ścieżkę. Wąskie przejście między roślinnością prowadzi w nieznane. Żadne z nich się nie zatrzymuje. Za zakrętem, ich oczom ukazuje się stara chata. Początkowo nikt jej nie dostrzega, dopiero potem kształty zaczynają układać się w zrozumiałą całość. Z ciemności uwydatniają się kanciaste ściany oraz dach. Podchodzą bliżej.
— Conn, nie jestem pewny, czy to dobry pomysł. — Joys podbiega do brata i teraz obaj idą na przedzie. Starszy Wood podnosi na niego wzrok i obaj się zatrzymują kilka metrów od ściany domu. Maska skupienia nie opada z twarzy Conna. Krzaczaste brwi zasłaniają jego niewielkie oczy, a mocno zarysowana szczęka nadaje mu groźnego wyglądu.
Kath w tym czasie wyprzedza ich i kieruje kroki do okna chaty. We framudze wciąż są pozostałości szyb. Brunetka ‘łapie’ swoje odbicie w tej zakurzonej tafli. Dziewczyna wzdraga się i podchodzi bliżej z konsternacją w oczach. Czyżby to naprawdę było jej oblicze? Kath przesuwa palcami po twarzy. Rozmazuje w ten sposób jeszcze niezaschnięty brud pomieszany z cudzą krwią. Wygląda jak człowiek, który dopiero wydostał się z niewoli, lub który uciekł z dżungli. Człowiek, a wyglądem przypomina zwierzę.
— Dlaczego nigdy nie bierzesz mojego zdania pod uwagę?!
Kath odrywa spojrzenie od odbicia i zdezorientowana obraca głowę w kierunku, w którym słyszy wykrzykiwane przez Joysa słowa. Młody Wood awanturuje się właśnie z bratem, jednak Conn zachowuje spokój. Dziewczyna cofa się, by dołączyć do pozostałych. Nie odzywa się jednak ani słowem. Fakt, nie mówi nic od kilku godzin, co może być dla niej nie lada dyskomfortem. Nie robi jednak nic, by coś w tej kwestii zmienić.
— Zostajemy tutaj na noc. — Oznajmia Conn spoglądając na brunetkę i swojego ojca, stojącego nieco z tyłu. Joys wypuszcza powietrze z płuc z gwałtownym świstem.
— Chociaż raz byś mnie posłuchał. — Warczy pod nosem.
— Spójrz, Joys. — Odpiera natychmiast Conn, którego twarz nieco się zmienia. Teraz jest poirytowany.— Wszyscy jesteśmy wykończeni. Nie ma mowy, żebyśmy przeszli, choć kilometr dalej, a tutaj — pokazuje dłonią na chatę — jest idealne miejsce, by przespać się kilka godzin.
— To może być pułapka na takich bezmyślnych idiotów jak my.
— Cieszę się, że chociaż postrzegasz siebie w tej samej kategorii co pozostałych. — Odpowiada ironicznie Conn i odchodzi, nie czekając na docinek ze strony brata. Kieruje się w stronę chybotliwych drzwi. Budynek jest w opłakanym stanie i w świetle dziennym z pewnością wygląda znacznie gorzej. Na szczęście noc oszczędza im przykrych widoków i skrywa wszystkie mankamenty. Conn pcha lekko drzwi, które z łatwością i przeraźliwym trzaskiem uchylają się. Od razu do ich nozdrzy wdaje się okropny smród stęchlizny i zgrzybiałych ścian. Każdy, kto przestępuje próg, zatyka nos palcami.
— Nadal myślisz, że to zasadzka, Joys? — Pyta z niewidocznym uśmiechem Conn, a jego głos jest zdeformowany, ponieważ ma palce przyciśnięte do nozdrzy. Joys wywraca oczami jednak dzięki ciemnościom, nikt tego nie zauważa.
Chata jest jednoizbowa i ku zaskoczeniu zgromadzonych, nie ma tam ani mebli, a w miejscu podłogi jest wysuszona ziemia, co wywołuje na ich twarzach nie małe zdumienie.
— To o łóżka nie musimy się martwić! — Uśmiecha się nagle oprzytomniały Cleyton, który podobnie jak Kath, do tej pory był niepokojąco milczący. Każdy puszcza jego beztroską uwagę mimo uszu.
— Nie mamy wyjścia. Lepszego miejsca na sen nie znajdziemy. — Komentuje Conn zrzucając zniszczony plecak. Kath osuwa się na ziemię przy jednej ze ścian. Wzrok pozostałych gwałtownie podnosi się, gdy szukają źródła hałasu. Jest tak ciemno, że ledwie dostrzegają siebie nawzajem.
— Spokojnie, to tylko ja. — Zmusza się do wypowiedzi Kath, która właśnie prostuje kości.
— Wszystko dobrze? — Pyta Conn, rozglądając się w każdym możliwym kierunku.
— W porządku. — Wzdycha dziewczyna. — Radzę wam usiąść, bo zaraz mnie podepczecie, jeśli się będziecie tak kręcić. — Zauważa jeszcze zanim milknie na dobre. Słychać szelest zdejmowanych bluz i plecaków, po czym reszta także siada tam, gdzie aktualnie się znajduje.
— Ja nie zamierzam tutaj spać. — Odzywa się nagle Joys, a jego głos ma źródło gdzieś w górze.
— Nie bądź głupi. To nie jest żadna zasadzka. — Odpiera Conn wyraźnie poirytowany uporem brata.
— Nie o to chodzi. Może i się myliłem. To wygląda na dość dobre schronienie, ale nie miałem zamiaru zostawać tu na noc.
— Co ty wygadujesz? — Słychać podnoszące się ciało. To Conn wstaje i krzyżuje ramiona naprzeciwko brata.
— Jesteście tutaj bezpieczni. Tylko o to mi chodziło. Żebyście byli bezpieczni. — Podkreśla znacząco. Conn milczy. Joys nie dostrzega jego spojrzenia, jednak starszy Wood ma teraz mieszankę troski i bezwzględności w oczach.
— Muszę wracać.
Conn czerpie głośno powietrze. Kolejne ciało podrywa się z ziemi. Tym razem Kath postanowiła dołączyć do Conna i teraz oboje już mierzą w Joysa swoje wyzywające spojrzenia. Joys nie czekając na ich słowa, mówi dalej.
— Teraz w mieście panuje chaos. Nic nie trzyma się kupy, to idealna okazja na akcję, którą planowaliśmy od miesięcy.
— Jedyne, co nie trzyma się kupy, Joys, to twoje zachowanie. — Wcina się nagle Kath. Jej głos jest dziwnie zachrypnięty, jakby protestował przed wygłaszaniem jakichkolwiek opinii. Joys wzdycha zrezygnowany. Kath jednak od razu kontynuuje. — Powiedz mi jedną rzecz. O co ci właściwie chodzi? Najpierw opowiadasz mi ckliwe historie, potem wręcz oddajesz siebie, by pomóc mi w ucieczce z miasta, a teraz? Chcesz tak po prostu odejść i nas zostawić? — Jej głos załamuje się w pewnym momencie. Czyżby właśnie tracił jej zaufanie? Jednak czy ono kiedykolwiek tam było?
Conn porusza się niespokojnie obok Kath, słysząc ton jej wypowiedzi. Joys nic nie mówi przez kilka minut. Może boi się kolejnych słów, jakie chciała z siebie wyrzucić Kath? Ona jednak także milczy.
— Byliście… Jesteście najważniejsi. — Przerywa ciszę Joys, jego głos jest łagodny. — Teraz jest bezpiecznie i to się liczy. — Robi chwilową pauzę, po czym nabiera powietrza w płuca. — Drugim priorytetem jest dla mnie Ogród.
Powietrze nagle staje się chłodniejsze, jak gdyby podmuch jesiennego wiatru dostał się nie tylko do wnętrza starej chaty, ale także pod skórę każdego, kto był pod tym dachem. W szczególności pod skórę Kath Lewis.
— Jasne. — Odzywa się Kath głosem wypranym z emocji. — Idź sobie do nich. Nic z tego nie rozumiem, ale proszę bardzo. — Po tych słowach dziewczyna odsuwa się o kilka kroków i siada na ziemi. Ani Joys, ani Conn nie widzą, jak odwraca się do nich plecami, nie widzą złości w jej oczach, ani bezsensownych łez na brudnych policzkach.
Conn nie komentuje słów brata. Swoje myśli zachowuje dla siebie, chociaż gniew pomieszany z troską w jego oczach przeczy tej powściągliwości.
Joys robi kilka kroków w kierunku drzwi. Otwiera je, a do środka oprócz zimnego powietrza dostaje się także słup światła. To księżyc wyłania się na moment zza chmur. Jakby chciał powitać, a zarazem pożegnać Joysa Wooda. Powitać go w drodze ku nieznanemu, jakie ma nastąpić. Jednocześnie pożegnać go z pozostałymi, których właśnie opuszcza.
— Możesz już nie wracać. — Rzuca w ostatniej chwili Kath, a sylwetka chłopaka właśnie znika z jej oczu. Słowa te, z ogromną mocą docierają do Joysa. Nie są jedynie przestrogą, a czymś znacznie więcej. Są proroctwem w ustach dziewczyny, która nie zdaje sobie sprawy o tym, co wkrótce ma nadejść.



...................................................................................

Cieszę się, że w końcu udało mi się skończyć ten rozdział i jestem z niego miarowo zadowolona. Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zagląda i zostawi pod rozdziałem choć słowo.

Dajcie znać co myślicie!
Jeśli przeczytałeś/aś to zostaw chociaż słowo! 





12 komentarzy:

  1. Czekałam tak długo na ten rozdział! W końcu! Podoba mi się, bo jest trochę bardziej spokojny niż zwykle. Mam wrażenie, że to oznacza jakąś wielką akcję w następnym rozdziale. Fajnie, że tam dokładnie przedstawiasz poszczególne zachowania postaci, te skupione spojrzenia Conna itp. Joys odszedł?! W ogóle jak to się stało? Nie rozumiem czemu tak uparcie wraca do tych rebeliantów... Dowiem się w nastepnym! Czekam i weny życzę (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! No tak wyszło że rozdział dopiero teraz.. Ale jest! :D Coś w tym jest, że w następnym rozdziale będzie więcej akcji. Pozdrawiam! :)

      Usuń
  2. Na początek muszę przyznać, że opowiadanie ma dość nie typowy styl.
    Jeszcze się nie spotkałam z takim kreowaniem wizji narratorskiego opisu ale mi się podoba.
    To sprawia, że opowiadanie jest jeszcze ciekawsze jeśli chodzi o wydarzenia.
    Sama bohaterka przypadła mi do gustu.
    Jest mocno nietypowa, twardo stąpająca kobieta i mająca w sobie wiele ikry.
    Lubię takich bohaterów z silnym a zarazem ludzkim charakterem.
    Co zaś do całości przeczytałam zaledwie jeden rozdział a akcja wraz z każdym akapitem nabiera dla mnie tępa.
    Takie historie tylko przyciąają czytelników i masz naprawdę duże szanse na wybicie się.
    Nie tylko z powodu bohaterów ale i wspaniałej otoczki całej historii.
    pozostaje pozdrowić i życzyć weny i jeszcze raz weny.

    [www.pokochac-lotra.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie za przeczytanie i opinię! :)

      Usuń
  3. Muszę przyznać że historia jest bardzo nietypowa. Po pierwsze nie spotkałam się z takim kreowaniem wizji opisu ale podbiło to me serce.
    Po drugie, kreowanie bohaterów też bardzo mi się podobało.
    Przeczytałam wszystkie rozdziały i widzę, że opowiadanie nabiera tempa i przez to masz naprawdę duże szanse na wybicie się.
    All the love xxx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za Twój czas i komentarz! Cieszę się, że Ci się spodobało. :)

      Usuń
  4. Pełen emocji i uczuć, wow! :o Z resztą - jak zwykle, hehs XD UWielbiam ten styl, mimo że piszesz w czasie teraźniejszym, co pierwszy raz idzie mi czytać, jak mówiłam, ale walić to XD
    Wojna, kreowana na nietypowy styl, jakieś dystrykty, niczym Igrzyska czy Więzień, no kocham to! Moje, moje, moje! Ale niestety czas i umysł mnie ogranicza, bo jestem odmóżdżona totalnie, bo pisałam notatki na Researching... Kurwa, tragedia.

    Dodam jeszcze, że czekam na jakiś miłosny wątek i jak Kath będzie się częściej udzielać, bo ją kocham <3 Na razie chłopaki się ciągle udzielają, a ona tylko czuje, patrzy, opisuje i słucha. Więcej takich pięknych wybuchów Kath, jak pod koniec! <3

    http://further-life.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Cieszę się, że dotarłaś do końca i nie straciłaś zainteresowania ;) Zdradzę Ci, że nowy rozdział pojawi się już bardzo niedługo :)

      Usuń
  5. Hej :)
    Nareszcie dotarłam. Przez zagraniczny urlop we wrześniu nie umiałam wrócić do regularnego czytania, obiecuję się poprawić!
    Za bardzo dobry plus tego rozdziału uznaję opisy. Są przejrzyste i plastyczne. Tylko niektóre zdania można by wydłużyć, ale to sugestia.
    Ta przerażająca cisza. Niby prosto o niej napisałaś, a ja poczułam nagle, jakbym sama znalazła się w tym miejscu obok Kath i miała dość tego braku dźwięku. Udało Ci się przenieść mnie do tego świata, gratuluję!
    To dopiero nieprzyjemna śmierć. Kiedy jeszcze tkwisz na tym padole, a jednocześnie odpływasz w nieznane. Chyba wolałabym umrzeć od razu niż jeszcze dłużej cierpieć.
    Ale że co? Joys już nie wróci? Olga, nie rób tego! Akcja się dopiero rozkręca, nie wyobrażam sobie, by na tym etapie któryś z bohaterów miał zniknąć. Nie chcę takiej niespodzianki.

    Czekam na nn ^^
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za przeczytanie i komentarz, Cleo! I tak miedzy nami, Joys nie zniknie, ale drogi jego i reszty się na jakiś czas rozdzielą. :)

      Usuń
  6. Ola szczerze? Nie chce mi się. Tak strasznie mi się nie chce. Tak, wróciłam do książek, ale trudno mi się idzie przez ten tekst. Nie wiem, na siłe pisałaś, czy to ja, nie mam pojęcia. Wiem tylko, że przeczytałam rozdział 10 i jak zaczęłam 11 to skończyła na pierwszym zdaniu. Ten rozdział był taki ociężały, szary jak ten dym. Nie poszedł mi on szybko bo chyba go czytałam z godzinę z przerwami. Ale powiem ci dobrze pokazałaś tą atmosferę, ale strasznie przytłacza. Podobała mi się scena z kobietą. Najpierw myślałam, że to jego laska, potem że jakaś ciotka, a tu nieznajoma i na dodatek w połowie żywa. To było spoko. Przypadło mi także do gustu ta zmienność zdań. Zazwyczaj postaci drugoplanowe słuchają się pierwszoplanowych, ale Conn postawił się. Współczuł, chciał biec na pomoc. Zdziwiłam się, że tylko on. Że Joys to rozumiem, ale po Kath się nie spodziewałam. Z racji tego też, że do jedynka, to ona powinna być najbardziej do ludzi, ale ty odbiegasz od szablonów. Tutaj twoja bohaterka najpierw stawia siebie, potem innych, pomimo że to nie jest taka typowa bad girl tylko normalna dziewczyna. Jakoś szczerze to nie przepadam za nią. Płeć męska ci dobrze wyszła, ale ona jakoś mnie tak trochę irytuje :/
    Ładnie też połączyłaś coś co działo się w przeszłości do teraźniejszości. Było to fajne uczucie. Trochę nie skumałam z ich taktyką wojenną, ale dałam radę ;)

    Sorki nie chce mi się pisać komentarza, dlatego tutaj skończę. Mam nadzieję że ta ciężkość zniknie w następnym rozdziale. Kurde, jakoś strasznie negatywnie wyszedł mi ten komentarz, To nie miało tak zabrzmieć. Nie było tak źle. Bez obaw ;)
    Jeszcze tu wrócę. Niech motywacja i wena cię nie opuszcza. Trzymaj się. :*

    opowiadanie: kasyczi.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoko loko, kochana! Ważne, że w ogóle się przemogłaś i przeczytałaś. Moja motywatorska taktyka jednak trochę zadziałała. :D
      Co do rozdziału, to wcale się nie gniewam za te słowa. Każda opinia jest tak samo ważna. Chodziło mi troszkę o to, by była ciężka atmosfera, by nie rosły wszędzie kwiatki, nie skakały jednorożce, bo niestety, ale toczy się wojna, ludzie giną.
      Dzięki jeszcze raz za przeczytanie i komentarz! Buziole! xx

      Usuń