piątek, 3 lutego 2017

Rozdział 13



Joys Wood samotnie przemierza ulice opustoszałego Nowego Jorku. Wzrok ma z determinacją skierowany przed siebie. Wbrew pozorom idzie pewnie, chociaż po tym, co ujrzał, powinien przybrać postawę zbitego psa. Chłopak jednak jest wyprostowany i ściska raz po raz pięści. Deszcz padający z poczerniałego nieba obmywa mu twarz, koi ból z rozcięcia na policzku. Wood jest na jednym ze skrzyżowań, przechodzi na bok, by nie rzucać się w oczy. Staje i podnosi głowę, zamyka oczy. Po prostu stoi przez kilka chwil. Pozwala wodzie płynąć po swojej twarzy. Przez jego umysł mogą przedzierać się teraz sceny, które widział. Zapewne też analizuje to, co chce teraz zrobić. Jednak czy na pewno? Być może jest już całkowicie pewien i nie ma jakichkolwiek skrupułów, by właśnie postąpić w ten sposób? Rusza z miejsca i znów kieruje kroki przed siebie, podąża do siedziby Czerwonego Ogrodu.

Wcześniej.

Wood biegnie białym korytarzem w tylko sobie znanym kierunku. Zapewne nie myśli długo nad tym planem. Ma rozbiegane spojrzenie, jednak bardziej rzuca się w oczy jego ściśnięta twarz, od której zdecydowanie bije determinacja. Po kilkuminutowej gonitwie, dociera do metalowych drzwi pomieszczenia elektroników. Kilka minut wcześniej znajduje porzucony pistolet, na szczęście nabity, więc teraz ma doskonałą okazję, by go przetestować. Wyciąga broń przed siebie, przekręca lekko głowę, przymyka powiekę i wymierza strzał w sam środek elektronicznej skrzyneczki, czytnika, który umożliwia uzyskanie dostępu. Rzecz jasna, nie ma czasu na szukanie legalnych rozwiązań tej sytuacji, dlatego Wood zwyczajnie dewastuje urządzenie. Drzwi, jak na zawołanie odskakują z zawiasów i zapraszają, by zajrzeć do wewnątrz.
Joys pewnym ruchem kopie metalowe drzwi i z wyciągniętym pistoletem wchodzi do środka, w którym króluje ciemność. Gdy orientuje się, że pomieszczenie jest puste, jak większość budynku, wchodzi pewnie, a jego oczom ukazuje się szereg maszyn, komputerów i kilometry kolorowych kabli. Tylko od monitorów jaśnieje niebieska poświata. Chłopak umieszcza pistolet za plecami i szybko podchodzi do maszyny, która podpięta jest pod system alarmów i powiadamiania głosowego na całym terenie komanda. Joys doskonale wie, co robi. Zapewne, kolejny raz ironicznie dziękuje władzy, za to, że przyporządkowała go na studia informatyczne. Majstruje najpierw przy konsoli, naciska kilka przycisków i monitoruje sytuacje na ekranach przed sobą. Jego spojrzenie biega od jednych wskaźników, do kolejnych, wciąż szukając konkretnej opcji. Kilkakrotnie odwraca głowę, by sprawdzić, czy nikt nie napatoczył się mu za plecami. Niepokojące dźwięki bieganiny wpadają do jego uszu. Ma mało czasu.
W końcu znajduje odpowiedni klawisz, wciska go i w jakiejś dziwacznej ankiecie zaznacza wszystkie zielone pola, które natychmiastowo zmieniają kolor na czerwień. Przed kliknięciem na ostatnie zielone pole, rozlega się dźwięk syreny ostrzegawczej. Wood mierzy wzrokiem komputer po lewej stronie. Jaskrawe światło pulsuje na innej maszynie, zawieszonej przy suficie. Wood wstrzymuje oddech i zaznacza te ostatnie zielone pole, wraz z pojawieniem się czerwonego koloru, wszystko cichnie, a migoczące światło gaśnie. Wszystkie monitory zdają się tracić swój blask, jakby przechodziły w stan uśpienia. Joys oddycha z ulgą i na moment opiera się dłonią o blat, zwisa głowę i sterczy bez ruchu przez najwyżej dwie sekundy. Następnie opuszcza pomieszczenie, nie dbając nawet o to, by zamknąć drzwi, zachować pozory.
Wood wychodzi z komanda, wciąż trzyma przy sobie broń, w której ma dwa naboje. Tylko tyle mu pozostaje. W ewentualnej walce na śmierć i życie ma, z goła małe szanse. Widocznie nie przejmuje się tym za nadto, wciąż pewnym spojrzeniem lustruje okolicę, idzie przed siebie. Plac jest tak samo opustoszały, jak chwilę temu. Zmienia się jedynie pora dnia i pogoda. Zapada już zmrok, a niebo siwieje z każdą chwilą, przywodząc ze sobą niechybne opady deszczu. Joys postanawia ukryć się w zaroślach, które wciąż znajdują się na terenie komanda. Z pewnością pomyślał, że woli zobaczyć całe przedstawienie na własne oczy.
— Cedric wyjdzie zwycięsko i jeszcze mi za wszystko podziękuje, gdy dostrzeże, że to moja zasługa. — Mówi do siebie po cichu, gdy zajmuje miejsce w krzakach. Z tej pozycji ma idealny widok na wejście do budynku.
W okolicy panuje zupełna cisza. Nikt nie spodziewałby się, że właśnie teraz ważone są losy ludzi z ruchu oporu. Joys, ukryty, niewidoczny, zwycięski, jak można by było przypuszczać, teraz słyszy, że ogromna grupa umundurowanych zbliża się wielkimi krokami do budynku. Na początku słychać tylko maszerowanie ciężkich buciorów, jakby tysiące wojskowych przemierzało ulicę. Następnie wyłania się cała armia podążających do celu żołnierzy. Wood obserwuje okolicę, jest świetnie zakamuflowany, nie ma opcji, by ktokolwiek go tutaj wyśledził. W jego polu widzenia wreszcie pojawia się owa armia. Chłopak wytrzeszcza oczy, gdy widzi maszerujących przed sobą Zjednoczonych w szarych kombinezonach z karabinami na ramionach. Idą jak w amoku. Prosto do komanda. Wood z wyraźnym poruszeniem wpatruje się, jak pierwsze szeregi wkraczają do środka.
— Coś jest nie tak... — Szepcze w ukryciu. Zmienia pozycję, by widzieć większy obszar. Zjednoczeni wciąż wchodzą, są ich setki. Jednak nie wszyscy znikają w komandzie. O wiele większa grupa zostaje na zewnątrz, przy samym wejściu. Ustawiają się w półkolu, tworząc swoisty dziedziniec. Wood z niepokojem przypatruje się rozwojowi sytuacji. W tym, że żaden rozwój nie następuje. Ponownie zapada cisza, tym razem jest niepokojąca, wręcz zagrażająca wszystkiemu wokół.
Joys ma usta ściągnięte w bardzo wąską kreskę. Podejmuje ryzykowną decyzję. Przecież stawia na szali wszystko. Chłopak wstaje na nogi i wciąż wpatrując się w żołnierzy, wychodzi ze swojej kryjówki. Wcześniej zlustrował okolicę, nie chce wpakować się w sam środek oddziału. Wood przemyka niezauważalny kilkanaście metrów dalej, by ponownie ukryć się za rogiem budynku, który wolno stoi nieopodal głównego kompleksu. Nie mija minuta, a przez główne drzwi są popychani dobrze znani mu koledzy z ruchu oporu, z Cedricem na czele. Zjednoczeni, jak na samą nazwę wskazuje, są zwarci i jednakowymi, nieprzychylnymi spojrzeniami celują w każdego z karaluchów. Otaczają ich utworzonym wcześniej kołem. Joys z wyraźnym niepokojem na twarzy widzi również panikę w oczach swoich towarzyszów. Jedynie Cedric stoi wyprostowany i ciska nienawistnym spojrzeniem we wszystkich po kolei. Zdaje się, że również na moment odnajduje ponad tłumem, nie tak dobrze ukryte spojrzenie Wooda. Przywódca ruchu ściąga brwi, wygląda teraz niczym krwiożercza bestia. Jego spojrzenie wręcz wrzeszczy w stronę Joysa. Nie trudno domyślić się, co w tej chwili uświadamia sobie Cedric Atkinson.
— Kogo my tu mamy. — Odzywa się jeden ze Zjednoczonych. Jego głos jest dziwnie stłumiony, jakby mówił przez jakieś urządzenie zamontowane w kasku. Ma odrobinę różniący się od reszty kombinezon, co wskazuje, że musi być wyżej postawiony. Człowiek podchodzi bliżej Cedrica. — Czyżbyście byli marnymi pozostałościami, strawionego już komanda? — Chociaż nie widać jego ust, to po tonie głosu słychać, że żołnierz uśmiecha się szeroko. Cedric milczy, chociaż jego usta wykrzywiają się z dezaprobatą.
— My... — Jeden z członków ruchu oporu się odzywa. Cedric szybko prostuje rękę i daje znać, że każdy ma milczeć.
— Świetnie. Przynajmniej wiemy już, kto tutaj rządzi. — Zjednoczeni zanoszą się upiornym rechotem.
Joys pomimo znacznej odległości, jest w stanie usłyszeć wszystko. Echo pośród budynków niesie się donośnie.
Zjednoczony podchodzi o jeszcze jeden krok do Cedrica i uważnie mu się przygląda. Banda z ruchu oporu znacznie różni się wyglądem od żołnierzy z zachodu. Karaluchy są ranni, brudni, a ich ubrania wyglądają, jak wyciągnięte dawno ze śmietnika. Żołnierze mają zabudowane kaftany od stóp do głów, widać tylko ich oczy, które nie są osłonięte.
— Skoro nie jesteście tym ścierwem z komanda, to coście za jedni? — Przekręca głowę zaciekawiony. Cedric spluwa mu w twarz i patrzy z wyższością i nienawiścią jednocześnie. Żołnierz od razu po przetarciu oczu, uderza karalucha proso w żołądek. Mężczyzna słania się na nogach, jedna nie upada. Prostuje się szybko i wciąż mierzy w żołnierza z determinacją. Pozostali obserwują sytuację z obawą. Jednak nawet zebrane kobiety z ruchu nie ronią łez, są na to zbyt twarde. Nikt nie wie w jakim kierunku może rozwinąć się ta sytuacja.
Wood przyczajony niedaleko, także wyczekuje na następne wydarzenia. Nie widać jednak na jego twarzy przerażenia, ewentualnie nikły niepokój. Czyżby w swojej głowie już obmyślał jakiś plan? Teraz czujnie obserwuje.
Żołnierz widząc, że Cedric prostuje się bez szwanku, podchodzi ponownie i tym razem wymierza mu potężny cios prosto w twarz. Tym razem siła uderzenia jest zbyt mocna i Atkinson ląduje na kolanach. Zjednoczony nie przestaje. Pośród karaluchów słychać poruszenie wyrażające sprzeciw. Teraz zadaje mu kilka brutalnych kopniaków w brzuch. Mężczyzna nie ma siły się podnieść i jest zmuszony przyjąć kolejne ciosy. Jednak mimo bólu, Atkinson zaczyna się śmiać. Szczerzy zakrwawione zęby w stronę Zjednoczonego, który, gdy widzi to, jeszcze zwiększa częstotliwość kopnięć. Wkrótce dodaje do repertuaru jeszcze kilkanaście uderzeń pięścią w twarz. Jakaś kobieta z ruchu rzuca się w stronę swojego przywódcy i  wtedy słychać ładowanie broni przez armię. Zjednoczeni mierzą pistoletami w zgromadzonych. Kobieta zatrzymuje się w pół kroku i zamiera z dostrzegalnym przerażeniem.
— Jeden krok. — Ostrzega ją dobitnie, gdy prostuje się, obserwuje swoje dzieło w postaci zmasakrowanego Atkinsona. Cedric krztusi się, jednak wiciąż na jego ustach jest widoczny uśmiech.
— Nic nie rozumiecie? — Odzywa się Cedric po raz pierwszy i zaraz potem wypluwa krew na ziemię. Zjednoczony obdarza go spojrzeniem. Tamten podnosi się na jednym ramieniu i jest teraz w pozycji siedzącej. Trzęsącą się dłonią, odgarnia włosy z czoła. — Macie robotę z głowy. Zrobiliśmy to za was.
— Wy? — Odpowiada kpiąco żołnierz, a reszta wtóruje mu rechotem.
— Posprzątaliśmy za was ten gnój. Należy się nam chyba lepsze traktowanie.
Zgromadzeni obserwują to dyplomatyczne próby rozwiązania konfliktu przez Atkinsona, to zamyślone spojrzenie żołnierza.
— Nie wyglądasz na takiego, co mówi prawdę. — Prycha, w tłumie słychać pomruki aprobaty.
— Sprawdź mnie. — Krzywi się Cedric i z nikłym skrzywieniem wstaje na nogi. Zjednoczony stoi teraz na przeciwko niego i mierzą się spojrzeniami. Twarz Atkinsona jest zakrwawiona, a jego wzrok zdeterminowany. Żołnierz celuje w niego nieufnym spojrzeniem.
— Nie mam ochoty ryzykować. — Zjednoczony podnosi dłoń pokrytą szarą rękawicą. W tym samym czasie żołnierze ponownie podnoszą broń na zgromadzonych. Zaraz potem każdy z pierwszego szeregu robi krok do przodu, a z za jego pleców wychodzą kojeni, nie uzbrojeni i bez skrupułów zaczynają okładać każdego z ruchu pięściami. Nie ma litości nawet dla kobiet. Niektórzy starają się odpierać atak, jednak wkrótce każdy z nich leży na ziemi. Niewiadomo, kto jest żywy, a kto zatłuczony na śmierć. Zjednoczeni chwytają każdego na plecy i cała kolumna żołnierzy kieruje się w tą stronę, z której przyszła.
Wood po raz kolejny krzyżuje spojrzenie ze wzrokiem Cedrica, on z pewnością żyje. Patrzy na Joysa z nienawiścią, wydaje się, że jego oczy wręcz płoną z wściekłości. Jednak mężczyzna nie zaczyna krzyczeć, nie zdradza kryjówki przyczajonego Wooda. Pozwala się zabrać żołnierzom.


~*~


— Słuchajcie nie wiem, jak wy, ale ja umieram z głodu. — Komunikuje Cleyton i zatrzymuje tym samym wszystkich na skraju lasu. Jak gdyby nigdy nic, siada na wysuszonej trawie, która od razu zgniata się w drobny mak pod jego ciężarem.  
— Zgadzam się z ojcem. Musimy odpocząć. Szliśmy cały dzień. — Odzywa się Conn i przeciera czoło z potu. Kath wzrusza ramionami także siada na ziemi.  — Zanim się tutaj rozgościmy, przydałoby się znaleźć jakieś jedzenie. Chodź, Kath. — Wysuwa dłoń w jej kierunku. Dziewczyna wzdycha ciężko, ale bez sprzeciwu chwyta rękę.
— Ja się na niczym nie znam, jak mam ci pomóc?
— Spokojnie, damy radę. — Uśmiecha się do niej. Dziewczyna z niepewną miną oddala się wraz z Woodem w kierunku pobliskiego lasu. — W tych lasach musi być jakaś zwierzyna, a my mamy aż dwa naboje. — Śmieje się ironicznie Conn.
— Nie jestem przekonana do twojego planu. I w ogóle po co ja tutaj jestem?
— Czemu musisz zawsze marudzić? — Odpowiada pytaniem na pytanie i uśmiecha się lekko. — Masz tu stać i swoją urodą przyciągać zwierzynę.
Kath prycha i teatralnie przyjmuje pozę, niczym jakiś starożytny posąg Venus. Zaraz potem zaczyna się śmiać pod nosem.
— Widzisz, przynajmniej sprawiłem, że się rozpogodziłaś.
Oboje przeciskają się między drzewami.
— Taaak. — Uśmiecha się słabo i lekko spuszcza głowę.
— Weź już się nie przejmuj tym durniem.
— Nie rozumiem jak mógł nas tak zostawić. — Kath zatrzymuje się w miejscu i odwraca twarzą do Conna. Oboje milkną.
— Ja wiem. — Przyznaje po chwili mężczyzna i od razu zaczyna iść dalej. Dziewczyna obserwuje go z wyczekiwaniem. — On po prostu taki jest, Kath. Gdy tylko zorientuje się, że zaczął się w coś angażować, to ucieka. Nie potrafi inaczej.
— A Ogród? Przecież w to się angażuje.
— Tak, to inna historia. Joys to buntownik. Dziwna kombinacja w nim siedzi i czasem też nie potrafię zrozumieć mechanizmów, które nim rządzą.
Kath kiwa głową ze zrozumieniem.
— Dobrze, że ty jesteś inny.
— Widzę, że w końcu to zauważyłaś. — Uśmiecha się, obserwując jej twarz. Ona odwzajemnia uśmiech i od tej pory wydaje się być bardziej pogodna. ­­­­— O, popatrz! — Odzywa się z ożywieniem mężczyzna i odruchowo kuca w zaroślach. Kath zdezorientowana najpierw rzuca spojrzenie dookoła, jednak zaraz Conn pociąga ją za ramię i razem kryją się pośród roślinności.
— Czy to?...
— Csiii.
Mężczyzna szybko ucisza przyjaciółkę i powoli wyciąga pistolet z za paska na plecach. Ostrożnie wysuwa lufę między gałązkami. To dopiero drugi raz, jak trzyma broń w ręku, dlatego dłoń trzęsie mu się, gdy stara się nacelować w zwierzynę. Naciska spust. Chybi.
— Dziczyzna to był zły pomysł. — Śmieje się Kath. Conn posyła jej kpiące spojrzenie.
— Mamy tylko jeden nabój, więc lepiej pomódl sie, byśmy cokolwiek znaleźli.
Oboje wstają i ponownie idą między drzewami, w nadziei, że kolejny dzik zajdzie im drogę.
Godzinę później wszyscy troje siedzą przy rozpalonym ognisku i konsumują świeżą sarninę. Mięso jest zapewne bez smaku, bo nie dysponują żadnymi przyprawami, czy chociażby solą. Na ich ustach jednak goszczą uśmiechy. Cieszą się, że cokolwiek mogą włożyć do ust.
— Znalazłem to rano przed chatą, w której spaliśmy. — Conn wyciąga z kieszeni przedmiot, który jest cienką, czarną blaszką, która mieni się nieznacznie w poświacie ognia.
— Zupełnie o tym zapomniałam. — Stwierdza Kath i nachyla się w stronę Wooda, by obejrzeć obiekt. — Myślałam, że Joys ją zabrał.
— Przypuszczam, że ją zgubił. Wątpię, że zostawiłby nam ją specjalnie. Raczej wziąłby wszystko na siebie z głupoty i z ciekawości. — Dziewczyna kiwa głową na te słowa.
— Co to jest, u licha? — Pyta Cleyton.
— Nie jestem pewien. Wydaje się, że to jakaś karta dostępu, może jakiś nadajnik.
— Widziałam coś podobnego w komandzie. — Kath wyciera tłuste palce o ubranie i delikatnie przejmuje przedmiot od Conna. — Tak, były bardzo podobne. — Wood zwraca ku niej pytające spojrzenie. Wszyscy czekają na jakieś szczegóły od Kath. — Nie bardzo mam ochotę wracać do tego, co tam przeżyłam. — Przyznaje. — Ale...
Zapada cisza, a twarz dziewczyny wyraża głębokie zamyślenie.
— Widziałam jak jeden z komendariuszy wkłada coś podobnego do jakiejś maszyny.
— I?...
— I nic więcej nie wiem. Przechodziłam wtedy tylko korytarzem, a raczej byłam ciągnięta. Widziałam tylko tyle przez uchylone drzwi.
— No wyksztuś, że więcej dziewczyno! — Podnosi głos zafascynowany Wood senior.
— Spokojnie. — Podnosi dłoń Conn. — Starczy. To jest już cokolwiek. Mamy pewność, że w komandzie można będzie to otworzyć w jakiś sposób. Ten nowojorski żołnierz podawał jakiś kod, może to hasło dostępu?
— Jestem prawie pewna, że tak jest. — Aprobuje Kath. — Wspominał też o kodzie czerwonym i Sali Zaprzysiężonych. — Przypomina sobie ze zmarszczonym czołem. Conn w tym czasie próbuje wydostać coś z kieszeni swoich spodni.
— 495804. To ten numer. Musimy go jakoś utrwalić, by się nie zapodział.
Kath wyjmuje z kieszeni ocalały kawałek papieru, chwyta od Conna ołówek i kopiuje liczby. W ten sposób mają dwie kopie na papierze. Zapada cisza, a Kath wpada znów w stan zamyślenia.
— To i tak na nic, Conn. Jesteśmy dziesiątki mil od miasta. Bez sensu teraz zawracać i pakować się z powrotem w ten chaos. — Odzywa się brunetka po chwili.
— Teraz to chyba nie ma znaczenia. — Odpowiada Conn enigmatycznie. — Ludzie z miasta się wynieśli na obrzeża. Jestem prawie pewny, że teraz centrum straszy pustkami.
— Więc cała ta ucieczka była na darmo? — Dziwi się Kath.
— A czy wciąż żyjemy? — Pyta Conn, unosząc jedną brew. Brunetka kiwa głową. — Więc nic nie poszło na marne.

~*~


Joys Wood zatrzymuje się dwa kroki przed spiralnymi schodami, prowadzącymi na dół. Odczekiwuje dosłownie dwie sekundy, po czym szybkim krokiem zbiega po stopniach i zaraz potem znajduje się w siedzibie Czerwonego Ogrodu. Tam, jak zwykle panuje półmrok, który ledwo rozprasza płomień w kominku. Tym razem na dole znajduje się o wiele więcej ludzi. Kontem oka Joys dostrzega Leoni, która nawet nie obdarza go spojrzeniem. Wood wydaje się być zdyszany, zmęczony i nade wszystko przestraszony. Z wyjątkową łatwością przyodziewa maskę poszkodowanego.
Kilka osób od razu do niego podbiega i pyta co się stało, gdzie jest reszta. Joys ugina się w pół i dyszy ciężko, prostuje się i odgarnia włosy do tyłu. Ma nietęgą minę.
— Mamy problem.
W tej chwili do zgromadzenia podchodzi niska mulatka Leoni, krzyżuje ręce na piersi i oczekuje wyjaśnień.
— I co tym razem spiepszyłeś, Wood?— Odzywa się z dezaprobatą.
— Akcja się udała. — Zapewnia radośnie, Joys. — Zlikwidowaliśmy komendariuszy i przejęliśmy komando zgodnie z planem. — Tłumaczy, spojrzenia ludzi wiercą w nim dziury.
— Więc jaki jest problem? Gdzie jest Cedric. — Pyta jakiś mężczyzna z tłumu.
— Chodzi o to, że napatoczył się odział Zjednoczonych. Raczej cała armia, prawdę mówiąc. Wszystko zadziało się błyskawicznie, nie mieliśmy pojęcia, co nadchodzi! — Załamuje ręce w teatralnym geście. Na twarz przywołuje maskę żalu. — To była rzeź. — Przyznaje i spuszcza głowę w geście poddania. Zaraz potem opada na fotel, który stoi za nim. Opiera dramatycznie głowę na rękach, pochylając się do przodu. — Oni po prostu ich wszystkich zarżnęli. Nawet Mercy i Annę. Nie mieli żadnej litości. — Opowiada.
Między zgromadzeniem słychać pomruki niedowierzania i szeptu naznaczonego strachem.
— A Cedric?
— Jego skasowali na samym początku. Pobili go na śmierć. On zdążył jedynie... — Urwał tak dramatycznie, że głos mu się załamał.
— A ty? Jak się wydostałeś? — Pyta podejrzliwie Leoni, na której twarzy nie widać cienia smutku, czy przerażenia usłyszanymi wieściami.
— Ja... Ja wyszedłem z budynku wcześniej i zdążyłem się oddalić na tyle, że nie zauważyli, gdy się schowałem.
— To okropne... — Przyznaje jakaś przerażona dziewczyna i siadła niedaleko Joysa na podłodze. Kilku mężczyzn zdejmuje z głów swoje czapki, inni także nie wytrzymują napięcia i siadają.
— Co będzie dalej? Cedric założył wszystko, bez niego już nic nie ma sensu. — Odzywa się grubym głosem pewien mulat o imieniu Kaplan.
— Cedric wiedział o swoim końcu. Przeczuwał, że go zabiją. Łut szczęścia chciał, że skrzyżowaliśmy spojrzenia w jego ostatnich chwilach. Jeszcze nigdy nie widziałem takiego cierpienia w niczyich oczach, ale zginął mężnie i do końca stawiał opór, zapewniam was. Sęk w tym, że on o wszystko zadbał. Chwilę przed tym jak on... On wyciągnął dłoń w moim kierunku. Cedric nigdy nie chciał, byśmy byli pozostawieni sami sobie. Był wspaniałym przywódcą i świetnym strategiem, wszyscy możemy to przyznać. — Po sali przechodzi pomruk aprobaty. — Myślę, że tym ostatnim gestem chciał wyznaczyć mnie swoim następcą, bo tylko ja ocalałem z tej rzezi. Wiem, że nawet w połowie nie będę tak dobrym przywódcą, jak on, ale spróbuję. Dla uczczenia jego pamięci i przez wzgląd na naszą przyjaźń, dam z siebie wszystko.
W oczach zgromadzonych nie widać złości, czy nienawiści. Wszyscy wpatrują się w niego, jak w obrazek. Są całkowicie pewni o autentyczności jego słów.
— Razem jesteśmy w stanie osiągnąć nasz cel! Damy radę pokonać dawny reżim oraz następną dyktaturę Zjednoczonych! Kto jest ze mną?!
W pomieszczeniu unoszą się aprobujące wrzaski i klaskanie dziesiątek rąk. Tylko mulatka Leoni nie jest do końca przekonana do wszystkiego, co mówi Joys Wood.


~*~


Noc na dobre zapada i teraz rogalowaty, cienki księżyc spogląda na świat z góry. Conn, Kath i Cleyton nie próżnują i od razu po spożytej kolekcji, zaczynają szukać jakiegoś dogodnego miejsca w lesie, by z dala od rozległych terenów, przenocować kilka godzin. Nocowanie na polanie, gdzie palili ognisko byłoby zbyt ryzykowne. Ktoś mógłby ich łatwo dostrzec i wydać władzom. Zdecydowanie, mocno porośnięty las jest bardziej bezpieczną lokalizacją.
Cała trójka maszeruje już około dwóch godzin z mniejszymi przerwami. Są właśnie w takim gęsto porośniętym lesie i teraz szukają tylko kawałka miejsca, które nie byłoby pokryte wystającymi korzeniami starych drzew.
Kath staje jak wryta, a za nią cała reszta. Na horyzoncie, między zaroślami, widzą światło, jakby kilka latarni stało w samym środku lasu. Brunetka cofa się o krok i wpada na Conna, który automatycznie ją podtrzymuje.
— Co to takiego? — Dziwi się dziewczyna, odgarniając splątane włosy z twarzy.
— Nie mam pojęcia.
— Co robimy?
— Głupotą byłoby teraz sprawdzenie tego. — Mówi z przekonaniem mężczyzna.
— KTO TUTAJ JEST?! — Słyszą nawoływanie gdzieś z bliska. Wszyscy troje robią odruchowo kilka kroków w tył. Kath wytrzeszcza oczy w przerażeniu. Nagle światło latarek oślepia ich i zakrywają oczy dłońmi.
— Kim jesteście? — Pyta męski, surowy głos.
— Zabłądziliśmy. — Odpowiada Conn, widząc, że pozostała dwójka na pewno się nie odezwie.
— Czyżby?
— Mógłby pan opuścić to światło? — Pyta Wood, krzywiąc się i wciąż zaciskając powieki. Latarka zostaje osłonięta jakimś materiałem, ale daje tyle światła, by można było przyjrzeć się twarzom zgromadzonym. — Nikt tutaj nie zabłądził od dziesięcioleci. Nie licząc kontroli z miasta. — Dopowiada mężczyzna około pięćdziesiątki. Mówi w dziwny sposób, ponieważ brakuje mu wielu zębów.
— Arminie, co ty tak straszysz naszych gości. Nie wolno tak, bo jeszcze pomyślą sobie o nas złe rzeczy. — Nagle obok zgromadzenia pojawia się pulchna kobieta w podobnym do Armina wieku. Ona jednak ma cały komplet zębów. — Zaproś państwa do środka, niech zjedzą z nami kolacyjkę. — Zachęca przesłodzonym głosem. Garbaty Armin patrzy krzywo to na kobietę, to na zagubioną trójkę przybyszów.
— Zapraszamy — Mówi Armin z jakąś dozą przychylności.
Conn i Kath wymieniają się wątpliwymi spojrzeniami. Jednak nie śnią protestować, gdy jacyś mężczyźni popychają ich w stronę źródła światła, którym okazuje się być faktycznie kilka latarni, zawieszonych przy domach. Kath ma bardzo niepewną minę, zmarszczone czoło Conna i jego czujne spojrzenie także nie przywodzi na myśl oazy spokoju.
Okazuje się, że za drzewami stoją aż cztery domy, przypominające te w osiedlach robotniczych. To jednak na pewno nie jest strzeżone osiedle, rządzone przez nowojorskie władze. Kath podnosi głowę i widzi, że pulchna kobieta stoi na werandzie największego domu i macha do nich zachęcająco. 
Okazuje się, że w salonie domostwa jest zgromadzonych wiele osób, są to sami mężczyźni z wyglądu bardzo przypominający Armina. Są garbaci, mają powykrzywiane twarze, ubytki w szczękach i od dawna nie prane ubrania. Nie ma tutaj żadnych kobiet, ani dzieci. Salon sam w sobie wydaje się być dość bogato urządzony. Kath rzuca się w oczy żyrandol wykonany z kryształków.
— Proszę bardzo, zjedzcie z nami kolację. — Nagle kobieta z uśmiechem od ucha do ucha, co powiększa jej podwójny podbródek.
— Myślę, że nie będziemy robić problemu. Chcemy tylko przejść dalej, nie zawracając państwu głowy. — Odpowiada Conn najbardziej uprzejmie, jak tylko się da.
— Ależ nonsens! — Śmieje się kobiecina. — Jeśli nie chcecie kolacji, to nie ma sprawy, ale zostaniecie na noc. Jutro będziecie mogli iść dalej. Te lasy są bardzo zwodnicze. — Odpowiada z tajemniczym uśmiechem, który sprawia, że na skórze Kath pojawiają się ciarki. — Nie przyjmuję żadnych sprzeciwów.
Conn słyszy, że w tym czasie ktoś za ich plecami zamyka drzwi wejściowe na klucz. Brunetka przełyka gulę w gardle. Jej rozbiegany wzrok zdradza niemałe przerażenie. Coś tutaj jest mocno nie tak.
— Arminie, pokaż państwu trzy pokoje w swoim domu obok.
Kath jak na zawołanie przyciska się do ramiona Conna, który z niemałym zaskoczeniem na nią spogląda. Zaciska zęby, bo dziewczyna widocznie wbija mu właśnie paznokcie w skórę.
— Aha. — Odzywa się porozumiewawczo kobieta. — Państwo daj razem, niech mają trochę prywatności, gołąbeczki. — Śmieje się pod nosem. Conn spogląda na dziewczynę dziwnym wzrokiem. Po chwili, wszyscy troje wychodzą z domu zaraz za Arminem, który kieruje się kilka metrów do budynku obok. Po drodze mijają kilku mężczyzn, rzucających niemalże wygłodniałe spojrzenia w kierunku nieznajomych. W ich oczach kryje się jakieś szaleństwo. Kath ani na moment nie odstępuje Wooda, trzyma się go, jak młoda kotka firanki.
— To wszystko jest nienormalne. — Odzywa się dziewczyna, gdy zostają zamknięci w pokoju razem z Connem.
— Wiem. — Conn siada na łóżku, ma nieobecny wzrok. — Nie wiemy gdzie wylądował ojciec. — Kath kiwa głową i siada obok niego.
— Mam szczęście, że przynajmniej mnie ktoś obroni, w razie czego. — Pociesza się na głos i nie zauważa, że Wood obserwuje ją z góry.
— Spokojnie. Nie będzie takiej potrzeby. To tylko banda ludzi odciętych od bezpośredniej władzy dystryktu. Nie wydają się groźni.
— Są dziwni. Nie ufam im.
— Bardzo dobrze. — Uśmiecha się mężczyzna z aprobatą. — Jutro jakoś zwiejemy. Damy sobie radę.

Sen przychodzi do Kath szybko tej nocy. Na pewno ma to związek z tym, że w końcu może wyspać się na miękkim materacu. W odróżnieniu od Conna, który zajmuje niewygodne miejsce na dywanie. Wszystko zdaje się w porządku, dopóki nie wybija godzina druga w nocy.
Do drzwi pokoju Kath i Conna ktoś zaczyna uporczywie walić i wrzeszczeć. Rozpoznają w tych wrzaskach głos przemiłej kobiety, gospodyni z domu obok. Kath wyskakuje z łóżka na równe nogi i zaraz obok niej pojawia się taże rozbudzony Conn.
— Co się dzieje?! — Krzyczy Kath, nie mogąc ogarnąć rzeczywistości, która brutalnie wdarła się w jej senne marzenia. Conn także jest przerażony. Oboje nie mają czasu, by pomyśleć, gdy w tym samym czasie drzwi ustępują, na progu stoi gospodyni, a zaraz za nią grupa mężczyzn.
— Odpoczęliście, gołąbeczki? — Pyta z ohydnym uśmiechem. — Mam nadzieję, że nacieszyliście się sobą tej ostatniej nocy, bo w rzeczy samej, była waszą ostatnią na tym świecie. — Obrzydliwie oblizuje usta i z uśmiechem szaleńca podchodzi w stronę przerażonej dwójki. Kath cofa się aż do okna, a Conn jakby znieruchomiały, nie może ruszyć się z miejsca. W ostatniej chwili rozciąga ręce na boki i zagradza przejście kobiecie.
— Puścicie ją, a ze mną zróbcie co chcecie. — Na jego twarzy pojawia się determinacja i szalona odwaga.
— Taki jesteś bohater? — Śmieje się gospodyni. — W takim razie ona pójdzie na pierwszy ogień. Usmaży się na twoich oczach! — Conn otwiera oczy w geście przerażenia i przełyka gulę w gardle. Kath przyciska całe ciało do ściany, jakby chciała wtopić się w tło kwiecistej tapety.
— Ostrzegałam was, że to zwodnicze lasy. — Mówi zanim uderza z wielką siłą w głowę Kath. Dziewczyna bezwładnie osuwa się na ziemię. Zanim brunetka do końca traci przytomność, do jej uszu dociera jeszcze wrzask Conna.


...................................................................................


Słuchajcie moi drodzy - JESTEM! To pierwsze info. :D Drugie jest takie, że właśnie dziś, trzeciego lutego jest rocznica założenia tego bloga i rozpoczęcia przygody z tą historią, z Kath, z Joysem i Connem no i z tysiącem pomysłów w mojej głowie. Dlatego chciałam Wam zrobić prezent i opublikować właśnie dzisiaj nowy rozdział, który zarazem jest najdłuższym, jaki do tej pory został opublikowany! To jakiś paradoks życia, bo nijak nie mogłam się zmusić do pisania, a tutaj nagle w niespełna 4 godziny powstał prawie dziewięciostronnicowy rozdział! Niezwykłe :) Mam nadzieję, że Wam się on spodoba, bo mi mocno przypadł do gustu.

Komentujcie!

Buziole xx



sobota, 10 grudnia 2016

Rozdział 12



Słońce ponownie wschodzi nad horyzontem. Dzieje się tak od zalania dziejów i ani wojna, ani katastrofa naturalna nie jest w stanie tego powstrzymać. Podobnie też, żaden kryzys, żadna zdrada nie zmienia praw, którymi rządzi się świat. To prawda, poranek jest chłodniejszy niż wczoraj. Można tylko zgadywać, czy przyczyną są warunki pogodowe, czy może jednak brak kogoś, kto był, lecz odszedł? Słońce wzeszło i od razu schowało się za obłoki, czyniąc ten dzień szarym i pochmurnym. Powietrze wypełnia wilgoć i mroźna aura zbliżającej się zimy. Na razie jesień rozwija się jednak w pełni. Liście zmieniają barwy na bardziej brunatne, niektóre już odrywają się od życiodajnej gałęzi, by bezradnie spocząć na mokrej glebie.
Kath powoli otwiera oczy. Nie siada, z początku nawet się nie rusza. Jej  śpiące, zamglone spojrzenie skierowane jest przed siebie. Ogarnia wzrokiem drewniany sufit i pajęczyny, które zwisają, jakby były świątecznymi girlandami. Brunetka leży niezmiennie w tym samym miejscu, w którym wczoraj zasnęła. Zapewne emocje przeżytego dnia zmęczyły ją na tyle, że od razu zatraciła się w sennych marzeniach. Teraz układa usta w podkówkę, jednak nic więcej nie zmienia się w jej obliczu. Ani jedna łza nie gości w jej oku.
Tuż obok niej pojawia się postać. Siada po turecku i także nic nie mówi. Patrzy na nieruchome ciało. Obserwuje jej wzrok utkwiony bezmyślnie w suficie. Niebieskie oczy Kath są zmatowiałe i wyschnięte. Gdyby nie równomierny oddech i mruganie powiek, można by pomyśleć, że uszło z niej życie.
Conn mimo wszystkiego, co wydarzyło się kilka godzin temu, ma spokojny wyraz twarzy. Nie widać charakterystycznie zaciągniętych brwi. Jego czoło jest gładkie, bez żadnych zmarszczek. Twarz ma rozluźnioną i wyspaną.
— Jak się czujesz? — Pyta dziewczynę, która stale się nie rusza. Kath mruga kilkakrotnie, lecz nie zwraca wzroku na mężczyznę.
— W porządku. — Odpowiada beznamiętnie. Jej głos jest zachrypnięty. Conn odwraca na moment wzrok w kierunku ojca, który właśnie głośno zachrapał.
— Słuchaj, Kath. Wiem, że może jest ci ciężko. Miałaś z nim chyba bliski kontakt. — Mówiąc to, Conn nie patrzy na dziewczynę.  Wzrok ma skierowany w dół. W międzyczasie bawi się końcówką sznurowadła przy bucie. — Jesteśmy na siebie skazani, ale damy jakoś radę. Mogę cię zapewnić, że bardzo różnię się od mojego brata.
Kath gwałtownie odwraca głowę na bok i spogląda na Wooda, który nadal patrzy się w stronę podłoża. Brunetka obserwuje go badawczo.
— Nie miałam z nim żadnych ‘bliskich kontaktów’. — Oburza się, siadając w tym samym czasie. Teraz, będąc naprzeciwko siebie, oboje kierują spojrzenia w dół. Ciszę przerywa ciężki oddech Cleytona. Kath widocznie nie potrzebuje dodawać żadnych słów do konwersacji.
— Chciałbym obejrzeć twoje rany, jeśli pozwolisz. — Kath podnosi na niego wzrok. Nie ma jednak w spojrzeniu ani zdziwienia, ani aprobaty, tylko pustkę. Nie słysząc żadnej odpowiedzi, mężczyzna kontynuuje. — Nie minęło dużo czasu. Chcę się tylko upewnić, że wszystko jest dobrze. — Conn pozwala sobie na leki uśmiech, co wydaje się niemalże groteskowe, biorąc pod uwagę ponurą atmosferę, jaka wisi w powietrzu. Brunetka skina głową. Z pewnością przyznaje mu rację. Odwraca się plecami do Wooda. Zdejmuje bluzę i od razu podciąga koszulkę. Conn marszczy lekko brwi, badawczo zerka na jej ramiona i plecy. Joys musiał mieć rację, bo maść, jaką jej zaaplikował znacznie zniwelowała skutki tortur Lyesona. Mężczyzna delikatnie dotyka skóry dziewczyny w kilku miejscach. Kath wzdryga się gwałtowni i syczy.
— Boli cię to?
— Nie. Masz zimne ręce. — Odpowiada zdawkowo.
— Wygląda na to, że wszystko jest w porządku. — Oświadcza Conn, a Kath w tym samym czasie ubiera się z powrotem w bluzę i siada naprzeciw Wooda.
— Znasz znaczenie tych słów?
Conn marszczy czoło. Jego brwi stają się wtedy jeszcze bardziej krzaczaste.
— Chodzi mi o słowa ‘w porządku’.
— A mają znaczyć coś więcej niż w rzeczywistości? — Dziwi się.
— W moich stronach, posługiwanie się tym zwrotem jest dość specyficzne. Nikt nie może publicznie mówić, że źle mu się żyje. Nikt też nie czuje się dobrze, więc umownie zaczęliśmy się posługiwać zwrotem ‘w porządku’. Oznacza to, że jest tak sobie, to znaczy znośnie.
Conn wygina usta w aprobacie.
— Pomysłowe.
— A jak twoje zranienie?
Wood ma przez moment zdezorientowaną minę, jednak potem spogląda ukosem na swój bark i uśmiecha się pod nosem.
— To nic takiego. Lyeson ugodził mnie swoim scyzorykiem, bo nie nazwałbym tego kikuta nożem. — Ironizuje i wstaje z miejsca, potem odchodzi na bok. Kath jednak podnosi się na nogi. Spogląda na swoje prowizoryczne posłanie, czyli plecak, który pełni funkcję poduszki. Nie kładzie się z powrotem, a podciąga bagaż bliżej siebie. Powoli zanurza dłoń w czeluści plecaka i wyciąga pierwszą napotkaną rzecz. Jest to drewniana figurka niedźwiedzia, który stoi na czterech łapach, jakby magicznie zastygł w czasie marszu. Brunetka stawia przedmiot obok siebie i kolejny raz losuje. Tym razem wyjmuje staromodną spinkę do włosów, jednak ją też odkłada. Za trzecim razem w końcu wyciąga to, czego szuka. W jej oczach błyszczy srebrny krążek wielkości korka od butelki. Jest mały, więc łatwo go zgubić. Kath przygląda mu się i obraca przedmiot w dłoni. Na wierzchu chip jest wyryty numer 49.
— Co tam masz? — Zagaduje Conn, widząc, że dziewczyna czemuś się przygląda.
— Myślisz, że będę mieć jeszcze okazję, by pojawić się w Nowym Jorku?
Conn marszczy czoło i podchodzi bliżej.
— Teraz to zbyt niebezpieczne. — Odpowiada chłodno. Kath nie patrzy na niego, jej oczy wciąż są utkwione w metalicznym przedmiocie. — Co to jest?
— Nie mam ochoty na zwierzenia w tym momencie, Conn. — Odpowiada ostro.
Wood urażony tymi słowami wstaje i odchodzi bez słowa. Kath obserwuje jak kuca obok swojego ojca i trąca jego ramię, by tamten się obudził. Dziewczyna wypuszcza powietrze z płuc i powraca do obserwacji srebrnego chipu.

~*~

Ulice Nowego Jorku są zupełnie opustoszałe. Wszędzie panuje cisza, jakby wszyscy mieszkańcy nagle zapadli się pod ziemię. Pochmurne niebo zawieszone nad tym wizerunkiem miasta idealnie z nim współgra. Powietrze przepełnione jest napięciem. Panuje nieprzenikniona cisza, jednak ten stan nie daje ukojenia. Atmosfera jest naelektryzowana, jakby zaraz miało się coś stać. Cisza przed burzą?
Jedną z głównych ulic przemyka postać. Ma na sobie ciemną kurtkę i spodnie w podobnym kolorze. Widać, że Joysowi zależy na czasie. Przemieszcza się szybko i uważnie rozgląda na boki. Nie idzie środkiem drogi, trzyma się blisko fasad i bystrze lustruje okolicę. Na asfalcie widzi kilka ciał, które zostały porzucone na pastwę miejskich psów i kotów. Co się wydarzyło, że bliscy nawet nie mieli czasu zabrać zmarłych? Okna w pobliskich kamienicach są wybite. Szkło z szyb wala się na ulicach. Drzwi w niektórych domach zwisają na pojedynczych zawiasach, jakby ktoś niedawno je sforsował. Wood najwyraźniej nie ma czasu, by zagłębiać się w przyczyny tego stanu rzeczy. Idzie dalej.
Jest teraz na jednej z głównych ulic w mieście. Dookoła wznoszą się strzeliste budynki sięgające ponad stu pięter. Ich oszklone ściany otulają okolicę. Górują nad krajobrazem zniszczenia, jakie widać w centrum. Tutaj też zdarzyła się jakaś tragedia. Wystawy sklepowe są rozkradzione i porozwalane na ziemi. Ludzie najwyraźniej łapali, co mogli, podczas gdy inni specjalnie wykorzystali okazję, by przyjąć anarchistyczną postawę.
Przebiegając przez skrzyżowanie, Joys spogląda w górę. Tam widzi wielopoziomowe ulice zawieszone nad jego głową. Niegdyś ruch w tej części Nowego Jorku był ogromny. Ludzie w jednakowych uniformach przepychali się chodnikami w pogoni za swoimi sprawami. Komendariusze obserwowali ludzi, by wykryć jakąś jawną oznakę buntu przeciw władzy. Codziennie wozy taksówkarskie wyzyskiwały swoich klientów, w czasie, gdy inni kierowcy wsiadali do swoich ekskluzywnych aut zawieszonych kilka centymetrów nad ziemią. Dziś wszystko ustało, ucichło. Auta są porzucone na środku drogi, niczym zabawki, które znudziły się właścicielowi. Wszędzie panuje pustka i dziwny zastój, jakby czas się zatrzymał.
Joys po wielogodzinnym marszu dociera do punktu docelowego. Przed nim wznosi się masywna budowla z dwiema szarymi kolumnami. Przez jej starodawny wygląd, zdecydowanie odstaje od otoczenia małych, brązowych kamienic. Do czerwonych drzwi prowadzą rzędy schodów. Wood pokonuje je bez trudu, przeskakując po dwa stopnie naraz. Wewnątrz budynku jak zwykle panuje półmrok, a światło dociera tylko przez małe okienka osadzone wysoko, na poziomie drugiego piętra. Budowla jest dość wysoka, więc dźwięk zamykanych drzwi szybko rozlega się echem. Joys pewnym krokiem kieruje się przed siebie. Szybko znajduje kręte schody, prowadzące na niższy poziom. Zbiega po nich zniecierpliwiony i jest teraz w zupełnie innym otoczeniu. Ta przestrzeń zawsze sprawia wrażenie miłej i przytulnej. Ogień płonie w kominku, rozświetlając mrok, nadając ciepła wnętrzu. Regały z książkami i innymi drobiazgami stoją pod ścianą, a wszędzie porozkładane dywany nadają miejscu jakiejś groteskowej elegancji i ekstrawagancji.
Teraz jednak coś nie gra.
Joys rozgląda się oszołomiony po wnętrzu. Panuje ciemność. Nie dociera tutaj nawet mała strużka światła. Wood zaczyna grzebać po omacku w kieszeniach. Dopiero po chwili wyciąga zapalniczkę i pstryka, by oświetlić sobie drogę. Na jego twarzy maluje się zdziwienie. Czyżby był zaskoczony, że kwatera Czerwonego Ogrodu jest porzucona sama sobie? To niemożliwe. Jedną z głównych zasad członków Ogrodu jest to, że nigdy nie pozostawiają kwatery bez nadzoru.
— Jest tutaj ktoś? — Kieruje głos w czarną nicość, ale nikt mu nie odpowiada. Robi kilka kroków naprzód. Chwilami prawie potyka się o jakieś przedmioty. Za chwilę gwałtownie uderza o oparcie kanapy, która stoi przed nim. Chłopak oświetla sobie drogę nikłym płomykiem i zbliża się do kominka, w którym nie tli się nawet żar. Napina twarz i otwiera szerzej oczy, z miną pełną nadziei i determinacji, wrzuca zapalniczkę do ognia. Żar i gas powodują mały wybuch i po kilku chwilach pomieszczenie się rozświetla. Wood odwraca głowę od paleniska i obejmuje wzrokiem całe pomieszczenie. Na podłodze walają się różne przedmioty, książki i papiery. Czyżby pouciekali? Wszystko wygląda na to, że ktoś uporczywie próbował tutaj coś znaleźć.
— Wood?
Joys odwraca się na pięcie i wyciąga rękę do przodu jakby dla asekuracji przed wrogiem. Przed nim stoi niska, ciemnoskóra dziewczyna, z czarnymi loczkami piętrzącymi się dookoła głowy. Ma na sobie krótką bluzkę i brązowe spodenki do kolan, które są o wiele na nią za duże. Przybrawszy postawę pełną gotowości, wygląda jak zwierzę szykujące się do skoku. Wood potrzebuje kilka sekund, by wytężyć wzrok i zobaczyć przed sobą drobną sylwetkę dziewczyny.
— Leoni? — Jego zdziwienie jest w pełni uwydatnione w tonie głosu. Mulatka bez zastanowienia podchodzi do Joysa i przygląda mu się uważnie. — Gdzie są wszyscy?
Dziewczyna milczy, po czym mija Wooda i wskakuje na kanapę przed kominkiem. Joys śledzi ją wzrokiem, ma wyczekujące spojrzenie. Nie otrzymuje od niej żadnej odpowiedzi, więc siada obok na sofie. Jej twarz jest ściśnięta, napięcie jej skory jest widoczne gołym okiem.
— Teraz się do mnie nie odzywasz? — Ponagla ją. Mulatka zwraca ku niemu niepewne spojrzenie.
— Widocznie.
Joys przewraca oczami.
— Słuchaj, wiem, że między nami nie układało się najlepiej…
— Daj sobie spokój, Wood. Wiesz, jak traktuje się tutaj dezerterów. — Dziewczyna odwraca od niego oczy i przenosi wzrok na płomienie. Twarz Joysa jest pełna dezaprobacji.
— Jakich dezerterów? — Odpowiada ostro, jest zdziwiony. — Żadnej dezercji nie było, Leoni. Miałam obowiązek wobec brata i… przyjaciółki.
Leoni kieruje na niego kpiące spojrzenie. Jej twarz zmienia się diametralnie.
— Co to za wątpliwość w twoim głosie? — Pyta zadziornie. — To ty posłuchaj, Wood. Skończyły się rzymskie wakacje. Mamy otwartą wojnę! — Jej głos jest teraz przepełniony gniewem. — Ty, zamiast zaangażować się tak, jak zwykle w robotę, szlajasz się z nie wiadomo kim.
Twarz chłopaka, słuchając tych słów, coraz bardziej się napina. Zaciśnięte zęby uwydatniają teraz ostre rysy twarzy.
— Uważaj, Leoni.
— Co się w ogóle z tobą stało, co? Kiedyś byłeś prawą ręką Cedrica! — Przypomina mu ostro mulatka. — Uważałeś naszą misję przejęcia władzy w mieście za priorytet. Od kilku miesięcy cię nie poznaję… — Kończy z żalem w głosie. Nastaje chwila ciszy, którą przerywa tylko trzask ognia w kominku.
— Może faktycznie jestem zdekoncentrowany. — Przyznaje zachrypniętym głosem. — I właśnie po to tu jestem, żeby nadrobić wszystkie moje niedociągnięcia.
Leoni prycha, nie obdarzywszy go spojrzeniem. Wzrok ma ciągle utkwiony w ogniu, odbicia płomieni tańczą w jej oczach.
— Poszli do komanda, prawda?
— Cedric kazał nie zdradzać nikomu planów akcji.
— Aha! Czyli jednak poszli na akcję! — Oczy Joysa rozświetlają się momentalnie. Leoni zaś wzdycha ciężko. — Chcąc nie chcąc mi pomogłaś.
Dziewczyna rzuca mu gniewne spojrzenie.
— Nawet nie myśl o tym, Wood.
Joys wstaje z miejsca i szybko kieruje się w stronę schodów. Leoni gwałtownie odwraca głowę w jego stronę.
— Wood! Ostrzegam! — Joys jednak nie robi sobie nic z jej słów. — Nie znasz planu, słyszysz?! — Leoni wstaje i podchodzi bliżej niego.
— Wystarczy, że znam dawne ustalenia.
— Cholera, Wood! Nic nie znasz, nie rozumiesz? Wszystko jest inaczej! — Krzyczy za nim mulatka, gdy ten stawia już stopę na stopniu.
— Zobaczysz, jeszcze mi wszyscy podziękujecie. — Uśmiecha się i puszcza jej oczko, po czym znika. Mulatka załamuje ręce i z niedowierzaniem patrzy na miejsce, w którym przed chwilą stał Joys.

~*~

— No i wyobraźcie sobie moją minę, gdy ten mały smarkacz przychodzi do mnie i mówi, że mnie wywiezie z tego przeklętego osiedla. No oniemiałem! — Zanosi się śmiechem Clayton. Cała trójka maszeruje przez gęste zarośla, które sukcesywnie utrudniają im orientację w terenie.  Conn, zamykając pochód, ma nietęgą minę, słuchając po raz pierwszy opowieści ojca o tym, jak to został uwolniony z osiedla. Zaś Kath zdaje się nawet nie przywiązywać uwagi do słów, które słyszy z ust seniora Wooda. — Młody miał dobry plan...
— Najwidoczniej, bo jednak tutaj jesteś cały i zdrowy. —  Zaśmiewa się Conn, mimo że jego dezaprobata dla brata jest wciąż widoczna na jego twarzy.
— No i słuchajcie dalej. Właśnie tego dnia, gdy Joys przyjechał mnie odwiedzić, był zaplanowany wyjazd do stolicy. Żandarmeria musiała uzupełnić zapasy, czy jakieś inne bzdety. — Cleyton macha teatralnie ręką. — Smarkacz powiedział, że ukryje się w furgonetce, a potem mam zwiewać, gdzie pieprz rośnie. No i co, zrobiłem, jak mi powiedział. Cwaniak mały. Takiego wychowałem, wyobrażasz sobie, Conn?! Teraz w ruchu oporu, skubaniec siedzi i będzie nas uwalniał od tej, pożal się Boże władzy.
— Ciszej! — Syczy Conn, kładąc dłoń na ramieniu ojca, który idzie przed nim.
Kath w tym czasie znacznie oddala się od grupy. Idzie na przedzie, a jej zamyślona mina świadczy o tym, że najprawdopodobniej nie dba o to, czy zwiększa dystans, czy nie.
— Kath! — Woła ją Conn i podbiega do dziewczyny, wymijając tym samym Cleytona. — Wszystko gra? — Staje przed dziewczyną. Kath ma spuszczony wzrok.
— Tak, jest w p...
— Tylko nie mów, że w porządku, dobra? — Uśmiecha się i patrzy na nią troskliwie. — Widzę, że coś jest nie tak. Co jak co, ale maskować uczuć chyba nie potrafisz, co? — Brunetka podnosi lekko głowę i patrzy na jego promienną twarz. Posyła mu słaby uśmiech, jednak nie jest prawdziwy, bo w jej oczach wciąż czai się głęboka pustka.
— Lepiej ty teraz opowiedz coś o swojej codzienności. — Odzywa się Kath pierwszy raz odkąd wyruszyli kilka dobrych godzin temu. Dziewczyna rusza z miejsca, co zmusza także Conna do wznowienia marszu. Wszyscy ponownie posuwają się naprzód przez zarośla.
— O codzienności? — Marszczy czoło Conn.
— No wiesz, o pracy, życiu. Cokolwiek.
— Dobry pomysł. Sam przyznaj, Conn, że wylewny nie byłeś w tych wszystkich listach. Chętnie się dowiem, jak to w rzeczywistości wygląda. — Komentuje ojciec.
Przez jakiś czas panuje względna cisza, jakby Wood zastanawiał się jak zacząć.
— W sumie, co tu dużo mówić. Pracuję pięć dni w tygodniu i wciąż muszę niańczyć młodszego brata. Zapewniam, że to wymarzone życia jak dla dwudziestopięciolatka. — Kończy sarkastycznie.
— No co ty, dawaj szczegóły. — Kath jest żywsza, co może wydawać się dziwne.
— Chcesz słuchać o pracy w banku? — Ironizuje, a dziewczyna kiwa głową. Idą teraz obok siebie, a tuż za nimi drepcze Cleyton.
— Sama się na to pisałaś. — Zaśmiewa się. — Po trzyletnich studiach matematycznych przydzielono mnie do Nowojorskiego Banku Dystryktowego i byłem pracownikiem szeregowym. Coś w rodzaju przynieś, podaj, pozamiataj. Nie powiem, że była to fajna praca. — Krzywi się. — Później przenieśli mnie na stanowisko doradcy bankowego i tak było do teraz. Nie wiem, czy wyobrażasz sobie, na jakich zasadach funkcjonuje Bank? — Zwraca spojrzenie na Kath, a ona kręci głową. — Zwykły obywatel nie ma prawa wejść nawet do budynku. Wstęp wolny mają tylko ludzie z górnej półki, wiesz, o czym mówię? Właściciele korporacji, komendariusze, czy inne szychy. Wiadomo, że podatki musi płacić każdy, ale pożyczki dla tych ponad prawem także są ze skarbu dystryktu, więc łatwo zrozumieć kto się bogaci, a kto traci.
— To okropne. — Komentuje Kath w zamyśleniu. — Na szczęście nigdy nie miałam do czynienia z Bankiem. W osiedlach nikt nawet o nim nie słyszał, a każdy grosz trzyma się pod materacem.  — Wymieniają ze sobą porozumiewawcze spojrzenia. — Czemu mieszkasz sam?
Conn patrzy na nią pytająco.
— Bo z Joysem nie wytrzymałbym psychicznie. — Śmieje się.
— W osiedlu już miałbyś żonę. — Dopowiada brunetka. — Tam mężczyzn parują w wieku dwudziestu trzech lat.
Conn odwraca wzrok od dziewczyny, a jego uśmiech nagle znika bez śladu.
— Zgadza się. W mieście życie rządzi się trochę innymi priorytetami. — W jego głosie słychać ledwo uchwytywaną nutę żalu. Kath obserwuje jego twarz przez chwilę, idą w milczeniu.

~*~

Joys stoi przed ogrodzeniem, za którym maluje się wysoki, brązowy budynek komanda. Przydługie włosy chłopaka są rozwiewane przez wiatr, który hula teraz między wieżowcami. Wood obserwuje okolicę, a w jego oczach kryje się niedowierzanie. Cały teren jest pusty, ludzie gdzieś zniknęli, nawet pojazdy komenradiuszy zapadły się pod ziemię. Główna brama, która zawsze jest podłączona do systemu elektronicznego, została sforsowana, a resztki metalu leżą porozrzucane po okolicy. Joys niepewnym krokiem przekracza linię ogrodzenia, potem już z pełną świadomością biegnie w kierunku głównego wejścia.
Przemieszcza się kilkadziesiąt metrów i po drodze dostrzega, jak wielki chaos musiał tutaj wcześniej panować. Na betonowych chodnikach walają się papiery, teczki i inne przedmioty, które kiedyś stanowiły ważną własność komanda. Przy samym wejściu do budynku leżą dwa ciała komendariuszy. Mężczyźni są odwróceni twarzą do ziemi. Joysa nie dziwi ten widok, nie zatrzymuje się nawet na chwilę. Drzwi główne także zostały zdewastowane i teraz wiszą chwiejnie na zawiasach. Iskry sypią się z małego urządzenia na ścianie, co oznacza, że cały elektroniczny system obronny diabli wzięli.
Po przestąpieniu progu w oczy rzucają się skutki walki między komendariuszami a ludźmi z Ogrodu. Niegdyś białe korytarze są teraz czarne, co jest skutkiem wybuchu bomby, a podłogi usłane zostały ciałami w czarnych mundurach. Na twarz Joysa wypływa niema aprobata. Jego oczy rozświetlają się, widząc, że misja najprawdopodobniej przebiega pomyślnie. Wood mija kolejne korytarze, a liczba ciał stopniowo zmniejsza się. Pokonując następne piętro, Joys zatrzymuje się przed zakrętem i nasłuchuje. Gdzieś w pobliżu musi toczyć się jeszcze walka, ponieważ w powietrzu unoszą się dźwięki szarpaniny i wrzaski. Wood zaciska mocniej dłoń na broni i biegnie w kierunku hałasu.
W przeciwległym skrzydle dostrzega, że kilka osób w czarnych mundurach stawia opór większej grupie ludzi. Wśród nich Joys rozpoznaje sylwetkę Cedrica, który właśnie przyłożyły kolejnemu komendariuszowi kolbą od karabinu. Wood bez zastanowienia przyłącza się do walki i wymierza dwa pociski w stronę wrogów. Jeden chybi, drugi zaś trafia i powala przeciwnika. W jego kierunku od razu ruszają inni umundurowani, nie mają żadnej broni, co zaskakuje Joysa. Chłopak ponownie wymierza strzał, jednak nie ma już naboi. Odrzuca więc broń na ziemie i zaczyna okładać mężczyznę gołymi rękoma. Kontem oka widzi, że Cedric przestaje radzić sobie z trzema przeciwnikami na raz. Joys podejmuje szybką decyzję. Uderza raz, a porządnie komendariusza, a ten upada na ziemię. Korzystając z okazji, Wood podbiega w kierunku swojego przywódcy. Zauważa na podłodze kawałki szkła i szybko chwyta większy z nich.
— Ej, ty! — Krzyczy zaczepiając jednego z komendariuszy, którzy okładają ciosami Cedrica. Gdy ten odwraca się, Wood uderza go z całej siły szkłem w szyję. Nie trafia w tętnicę, jednak mimo to, spory potok krwi rozlewa się na białe kafle. Komendariusz wrzeszczy, ściska miejsce uderzenia, jednak zaraz rzuca się w stronę Joysa, by natychmiast dokonać kontrataku. Nie udaje mu się to i upada na ziemię, powiększając tym samym kałużę krwi.
Joys odwraca się i widzi, że ostatni umundurowany właśnie dostaje potężny cios w skroń i jest zwalony z nóg. Chłopak spokojnie podchodzi do Cedrica, który jeszcze znajduje się na ziemi. Podaje mu dłoń.
— Co ty tutaj wyprawiasz?! — Podnosi głos przywódca. — Na akcje zostali przydzieleni tylko wybrani, nie masz prawa! — Cedric jest wściekły.
— Spokojnie. — Joys podnosi dłonie w obronnym geście. — Przecież kiedyś sam ze mną ustalałeś tę akcję.
— Właśnie, kiedyś! — Podkreśla. — Ty uciekłeś, a plany się zmieniły.
— Nie uciekłem! To po pierwsze. — Joys unosi się znacznie. Teraz oboje mierzą się nienawistnymi spojrzeniami.
— Kodeks jasno mówi, jak określać zbiegłego z posterunku. — Warczy Cedric. Joys już otwiera usta, by odpowiedzieć, ale tamten nie daje mu dojść do głosu. — Milcz i wynoś się stąd. Miałeś ostatnią szansę.
— Jak możesz po tych wszystkich latach?! — Oburza się Joys i unosi ręce w powietrze. Przywódca jednak nie odpowiada mu i odchodzi w sobie wiadomym kierunku. Inni członkowie ruchu oporu wciąż stoją i mierzą w Joysa oskarżycielskie spojrzenia. Nikt nie patrzy na niego z sympatią. Gdy Cedric jest oddalony już o kilka metrów, oni także odwracają się i idą za nim.
Chwilę później Joys zostaje sam w korytarzu. Stoi pośród zabitych i nieprzytomnych komendariuszy, gorączkowo nad czymś myśli.

—  Jeszcze mi za wszystko podziękujecie. —  Szepcze sam do siebie. Potem odwraca się i zaczyna biec w odwrotnym kierunku, do tego, w który udali się pozostali. 

...................................................................................

Witam Was kochani po tych prawie trzech miesiącach! W końcu mogę tutaj wstawić coś nowego. Miałam małą blokadę od jakiegoś czasu i nie byłam w stanie dokończyć rozdziału, ale za sprawą Cursedpsychopath, która mnie zmotywowała, wstawiam w końcu dwunastkę! :) Możecie jej dziękować, haha.
Kolejny nie wiem kiedy. Mam nadzieję, że szybciej niż teraz.

Komentujcie! 

Pozdrawiam xx